Ekonomiczna moralność

Franc Kafka nie pysznił się czytaniem Platona w oryginale i nie chwalił się, że bywał u Szekspira na baletach. Przeciwnie, chadzał do prowincjonalnych teatrów, wertował literaturę drugorzędną. Jednym słowem – NIE POZOWAŁ na wielkiego literata, lecz nim był.

Zamiast pląsania w stringach po salonie z notablami, robił swoje: bez hałasu, skromnie i powolutku. Że zaś talent miał ogromny i na dodatek wzmacniał go pracą nad sobą, nie musiał trąbić wszem i wobec, jakim jest wielkim pisarzem.

Mark Twain nie pobierał nauk zwieńczonych pokwitowaniem. Podobnie Bernard Shaw: doszedł do rozumu bez urzędowej metki Magistra Inteligencji. Zatem jak się okazuje, można być literatem pomimo braku zaświadczenia.

Niestety, ludzie udający artystów starają się zaistnieć na modłę twardzieli w różowych szlafmycach: przy pomocy dziwactwa.

Podczas gdy twórca udowadnia własną twórczością, że nim jest, bo tylko ona tłumaczy go z obecności na Parnasie.

Weźmy pod lupę Malcolma Lowry i jego przepastne tomiszcze Pod Wulkanem, owoc katorżniczej pracy nad wymową i siłą każdego zdania. Redaktorzy wielu wydawnictw rozkładali ręce i odrzucając tekst wyrokowali, że książka jest za długa, powinien ją przystrzyc, zmniejszyć jej tonaż i udźwig, a w ogóle kto to przeczyta.

Albo Jamesa Joyce’a, irlandzkiego skandalistę, twórcę podziwianego i komentowanego do dziś. Lub Marcela Prousta, lowelasa szwendającego się po buduarach. Kiedy ukończył jedną ze swoich książek, przesłał ją Andre Gide’owi do oceny, ten zaś nawet do niej nie zajrzał, bo awansem założył, że co taki wartogłów i bawidamek może spłodzić!

Choć mamy sporą listę przegranych, odrzuconych, zlekceważonych, to przecież każdy z tych pechowców doczekał się późniejszego uznania; prędzej lub później wykaraskał się z pomroki dziejów i został pomnikiem.

A co byłoby z nimi TERAZ? Przede wszystkim owych nieszczęśliwców nie ma tylu, co piszących obecnie, w związku z czym trudniej szło ich przegapić.

Aliści z tamtych lat pozostał nam spadek: stado Andre Gide’ów, nieraz wybitnych pisarzy którym z różnych przyczyn nie chce się zajrzeć do rękopisów nieznanych autorów. Raz, że nieznanych mamy przesyty i ciężko się przekopać. Dwa, że częstokroć szkoda zdrowia i czasu na bazgroły, z których, po przeczytaniu np. pięciuset stron tekstu, można się dowiedzieć, iż autor nie ma nic do powiedzenia.

MAREK JASTRZĄB Ekonomiczna moralność, czyli duch naszych czasów -- artykuł

Na zdjęciu: Franz Kafka (1883 – 1924) — niemieckojęzyczny pisarz pochodzenia żydowskiego, przez całe życie związany z Pragą. W swoich powieściach stworzył model sytuacji zwanej sytuacją kafkowską i określanej w języku niemieckim za pomocą przymiotnika „kafkaesk”, którego istotą jest konflikt zniewolonej jednostki z anonimową, nadrzędną wobec niej instancją. Źródło: Wikipedia

Stąd, na wszelki wypadek, autorzy wybitni stronią od wydawania ocen. Jednak, pomijając wszelkie aspekty obecnego wysypu grafomaństwa, zdarzają się utwory nieprzeciętne i grzechem byłoby spisywanie ich na straty tylko dlatego, że przysłowiowy Gide nie ma ochoty babrać się w cudzych manuskryptach. Tu mówię o szkodliwych praktykach wydawnictw.

Do zarzuconych a zamierzchłych obyczajów szanujących się oficyn należało prowadzenie tak zwanych recenzji wewnętrznych. W kantorku siedział sobie jegomość legitymujący się literacką ogładą i czytał wszystkie nadchodzące teksty. I dopiero w oparciu o jego opinię wydawnictwo decydowało, co i jak.

Z żalem stwierdzam, że z powodów oszczędnościowych zlikwidowano ten urząd i przedsiębiorstwo ds. wydawania książek poczęło zajmować się produkowaniem tandety.

A co z wieloma pisarzami tonącymi w komercyjnym sosiku? Niech czekają na ciekawsze czasy. Na ponowną odsłonę za głupie pięćset lat, lub liczą na pośmiertną sławę.

Cel tworzenia

W naturalnym środowisku są przeciągi, jest zapach krwi, potu, boli głowa, ćmi ząb i można oberwać w prawdziwe ucho. W internetowym środowisku wszechwładnej nierealności, zieje pozorną bezkarnością i usypiającym bezpieczeństwem. Czasem tylko, gdy wyłączą prąd i siądzie bateryjka, ogarnia cywilizowanego człeka jakowaś “bezdenna tęsknica” za realem.

Wtedy ckni mu się nie wiedzieć za czym: łapią go egzystencjalne kolki, nagle dostrzega niebo, czuje we włosach wiatr, widzi kołysanie drzew, odnajduje wśród różnobarwnych strzech bocianie gniazdo.

Lecz ów błogi stan przemija, bo nic nie trwa wiecznie. Prąd zaczyna znowu stepować po drutach, Internet nareszcie zmartwychwstaje i przedłużenie komputera nazywane człowiekiem zabiera się za ponowne łomotanie, bębnienie, puszczanie paluszków po klawiaturze w cwał: przedstawiciele pokolenia, zgarbieni nad klawiaturą, schowani za ekranową przegrodą laptopa czy smartfona, ponure kadłuby o wytrzeszczonych oczach, mozolnie klekoczą od nowa.

I znowu jest im swojsko i bezpiecznie; wirtualny delikwent/ka, niepiśmienny literat, naukowiec po podstawówce, katecheta ze świeckiej parafii, zakładają bloga, bazgrzą na Facebooku lub łączą się w Stowarzyszenie Trzaśniętych Poetów i dawaj hasać, buszować, korzystać z cybernetycznych udogodnień, dawaj ujeżdżać po internetowych kosmosach i gdzie się da wklejać swoje kandyzowane gówno.

Udolnie czy nie, zwierzają się, dzielą najskrytszymi myślami, intymnymi sensacjami z prywatnego żywota, szczegółami, które nawet najbliższym nie są znane, natomiast znane są wirtualnym przyjaciołom.

* * *

Obserwuję inwazję literackich apostołów, którym wydaje się, iż można pisać bez znajomości podstaw, widzę narastającą falę samozwańczych artystów, pisarczyków tworzących z doskoku, ludzi wygórowanego mniemania o sobie.

Nie bez powodu pragną wyskoczyć z ram anonimowości, bo od czasu upowszechnienia się Internetu mogli przekonać się, że pisze każdy, kto chce. Tym bardziej, że nie ma cenzury i prawnych ograniczeń. Jest za to wolność wypowiedzi, czyli dematerializacja kryteriów i samokrytyki.

Nastąpił okres wzmożonej walki z nieprzeciętnością. Dopadło nas powszechne przekonanie, że trzeba być na widoku, w centrum zainteresowania; daliśmy się złapać w sidła rozpędzonych czasów, wmanewrować w obowiązek błyszczenia wyjątkowością, wyróżniania się spośród reszty. Robienia za masowego indywidualistę i epigońskiego oryginała: inteligenta z taśmy.

Moim zdaniem owa maniera jest krzynę zabawna: skoro każdy chce wyróżniać się tym samym, co milion pozostałych, to wszyscy, jak wynika ze słupków i tabel, są genialnie identyczni, jak stado jednakowych – niepowtarzalnych. Tak więc ujednolicony indywidualizm jest określeniem bardzo tu pasującym.

Autor, to charakterologiczny filtr do przekazywania indywidualnych refleksji. Jego myśli są wynikiem nastroju, aktualnych lub wspomnieniowych wrażeń, życiowych doświadczeń i czego tam chcesz. Jest jednoosobowy. Indywidualistą jest, a to oznacza, że pisze odrębniej, niż Obywatel Wredniacki i trudno go pomylić z Obywatelem Obszczymurem.

Nie reprezentuje mitycznego zbiorowiska twórców mających stadny gust, lecz ma własny sposób wyrażania się w tym, co i jak pisze. Ma swój styl, rytm, specyficzne słownictwo; jak rysownika po kresce, tak jego po układzie zdań, ich konstrukcji i rozłożeniu akcentów poznajesz od razu.

Od pierwszej linijki tekstu wiesz, kogo czytasz. Natomiast obecnie zapanowała niezrozumiała moda na brak stylistycznej oryginalności i ujednolicenie tekstów. W efekcie twórczość Obywatela Patałacha niczym się nie różni od twórczości Obywatela Epigona.

Ten sam problem z indywidualnością ma ewentualny czytelnik tekstu. Bo jeżeli autor ma własny gust, również i odbiorca utworu go ma. Z czego wynika, że te rozbieżne upodobania są powodem komentatorskich nieporozumień.

* * *

O ile od literatury oczekujemy duchowego wzbogacenia, to od obecnej, opartej na „ekonomicznej moralności”, można spodziewać się zrogowacenia doznań; twórczość wymaga od autora i odbiorcy wysiłku i w odróżnieniu od potocznych wyobrażeń, nie jest bezmyślną balangą.

Artysta jest nim po to, by dawać swój głos. A daje go poprzez dzieła. Udane, złe, ale skrojone na miarę własnych możliwości: bez wyrażania swoich zapatrywań, nie egzystuje. Zaś gdy milczy, przechodzi na wewnętrzną emeryturę i stoi z boku.
Poeta, prozaik, architekt dzieła jakiegokolwiek formatu i gatunku, nie może być człowiekiem cichym. Nie powinien siedzieć jak mysz pod miotłą, bo jego obowiązkiem jest REAKCJA. Natychmiastowa odpowiedź na zło, etyczny autyzm, agresywną wulgarność czy społeczny tumiwisizm. Ponieważ każdy tekst, obraz, muzyka itd., są to jego ilustracje i komentarze otaczającej rzeczywistości. Jego prywatne próby zinterpretowania dookolnych zjawisk. Zjawisk bolesnych niekiedy, a niekiedy po prostu – głupich. Nieznośnie, irytująco bzdurnych.

Nie powinien odbierać ich w sposób obojętny. Nie może mieć bezszmerowych poglądów na to, z czym się styka. Jeżeli obojętnie przechodzi do porządku dziennego nad zjawiskami coraz powszechniejszego idiocenia kultury, skoro utrzymuje się w mniemaniu, że go one nie dotyczą, to może warto zapytać, kim jest, dlaczego i dla kogo tworzy. Czym różni się od ludzi chorych na społeczną znieczulicę. Od ludzi – kibiców własnego istnienia, prześlizgujących się przez życie.

Nieprzypadkowo powiedziałem o OBOWIĄZKU. Twórca ma OBOWIĄZEK pokazywania odbiorcy, jak jest. Powinien go niepokoić, zachęcać do sprzeciwu wobec bredni. Wrzeszczeć a nie usypiać. Krzyczeć a nie popiskiwać. Twórca musi być aktywny, iść pod prąd sezonowo słusznych mód. Być penetratorem rzeczywistości i burzycielem konwenansów.

Rejterada z aktywności, ucieczka w szukanie wytłumaczeń dla swojego przemęczenia, zgoda na to, co jest, przyzwolenie na degenerację pojęć, to kapitulanctwo. Cisza dobra jest na wywczasach, na urlopie dla frustratów rojących o wlezieniu do jamy ze świętym spokojem. Natomiast dla wyczerpanych obserwacją rozpadu dzisiejszego ducha, dla zdegustowanych współczesnymi konwulsjami kultury, droga jest określona i wyraża się w zapisie.

Autor nie istnieje bez odbiorcy. Jeżeli twórca pozbawi go możliwości rozmowy ze sobą, zamknie się w intelektualnym kąciku, w swojej kapsule ciszy, spokoju i martwoty, to do kogo trafią jego dzieła?

* * *

Kultura nie znosi próżni: jest nieprzerwana i ciągła. Wyobraźmy sobie, że wszyscy twórcy nagle zamilkli. Piszą, malują, komponują, ale do szuflady. Bytują po niszach i zakamarkach, po piwnicach, enklawach i bezludnych wyspach, a ich głos dociera do niewielu. Do garstki potrafiących czytać, myśleć i udawać, że jest klawo. Ale do tych, co nie czytają, nie potrafią sklecić jednego zdania bez słowa na k., do tych, co mają gdzieś całe to zawracanie gitary z myśleniem, dotrzeć nie umieją.

A niby kto ma do nich dotrzeć, skoro wolą schować się w czarownej dziurze? W wieży z kości słoniowej? Po kloszem własnych spraw. A kto niby ma im ukazać inne światy, niczego sobie horyzonty, marzenia i szczytne cele, skoro wszyscy zaczną być eremitami? Skoro wszyscy odwrócą się od nich i postanowią przymykać oczy na lawinowe kretynienie pokoleń? Kto im uświadomi, jakie wartości, jakie ideały są ważne w życiu każdego człowieka, o co chodzi w tym szczurzym, agresywnym wyścigu po zadyszkę, zawał i kasę?

Wycofanie się z aktywności, ucieczka w szukanie wytłumaczeń dla swojego przemęczenia, zgoda na to, co jest, przyzwolenie na degenerację pojęć, to kapitulanctwo. Cisza dobra jest na wakacjach od myślenia, na urlopie dla frustratów rojących o wlezieniu do jamy ze świętym spokojem. Natomiast dla wyczerpanych obserwacją dzisiejszego rozpadu ducha, dla zdegustowanych współczesnymi konwulsjami, drogę określać winien cel tworzenia.

Wydaj książkę i zdechnij!

Zacząłem sobie przypominać, ile książek, bezcennych a zbutwiałych starodruków nawet, ile arcydzieł literatury światowej udało mi się wydrzeć z lochów niejednej składnicy surowców wtórnych! Po godzinach oficjalnej pracy, kierownik placówki wpuszczał mnie na zaplecze i pozwalał mi (za ćwiartkę czystej) uprawiać wysokogórską wspinaczkę na wierch papierowej hałdy i gdy on leżał u jej stóp, ja bawiłem się w archeologa.

A gdy składnica była już przegrzebana, budziłem faceta i szliśmy do wagi. Kładłem na niej urobek, czyli wszystkie znalezione książki, a gość mi je sprzedawał. Cena była taka, że jeśli wszystkie ważyły pięć kilo, to w zamian musiałem mu przynieść pięć kilo gazet. Tym sposobem wszystko się zgadzało i dzięki temu ja miałem sporą bibliotekę, on zaś – porządek w burdelu.

Czasy się zmieniły i funkcję makulaturowych magazynierów przejęły urzędy od odmawiania pomocy, wsparcia i dawania literatom popalić. Dla nich też nie było różnicy między książką a papierzyskami. Sprytne ludzie zwietrzyły interes i wzięły sprawy w swoje ręce: zaczęły otwierać się na potrzeby wygłodniałego społeczeństwa. Kwitła więc produkcja bubli i na masową skalę powstawały rachitycznie wydawnictwa.

Tak jak niegdyś w byle garażu siedział na skrzynce od piwa przyszły komputerowy Gates, teraz w byle internetowej piwnicy siedział sobie WIELMOŻNY PAN WYDAWCA i czekał na frajera z kasą. Czyhał na reflektantów i łyskał brylantyną niewiedzy. Naiwny klient wpadał mu w szpony i z drżącym rękopisem w rozlatanych rękach kucał z zachwytu, bo na wstępie dowiadywał się, że spłodził wiekopomne arcydzieło, które rozejdzie się w mig, a jak dobrze pójdzie, to jeszcze szybciej. Za co PAN WYDAWCA ręczył osobistym honorem.
MAREK JASTRZĄB Zysk, czyli duch naszych czasów -- artykuł
Zanim przyszły noblista zrozumiał, że wydawca nie mógł go przeczytać, bo jeszcze niczego nie opublikował, już był ugotowany na miękko i gładko łykał kolejne banialuki. Jedną z nich była informacja, że nie poniesie kosztów, bo kosztami obarczy się sponsora. Tyle że sponsor jak raz wyjechał do SPA w Berdyczowie i zamiast niego może skorzystać z usług obywatela Komornika, na którego konto należy wpłacić marne grosze w liczbie trzech tysięcy złotych plus VAT. Tyle samo, albo o dwa złote mniej plus VAT, uiścić należy w księgarni, by książka nie powędrowała do ciemnego kąta, lecz znalazła się na miejscu, gdzie ją widać.

Przy czym za widok książki uplasowanej pod sufitem, buli się mniej, niż za widok tejże pomieszczonej na wysokości oczu zezowatego kurdupla. Ale najdroższe są miejsca w sąsiedztwie półek z bestselerami. Tam aż kotłuje się od oglądających, cmokających i odchodzących z kwitkiem.

Na długich, chłodniczych ladach spoczywają komiksy, krzyżówki, rozmaite SF, magazyny pełne okrutnych narracji, ckliwych opowiastek zajeżdżających bajkową scenografią, emfatycznych historyjek prowokujących do tarcia oczu i pociągania nosem, aromatyczne pomady w harlequinowskim stylu, jakieś kolorowe thrillery, fabularna przędza na wyczerpanym papierze, przygodowe rachatłukum, biesiadne tańce i hulanki z tasakami, garkotłukowy chłam, natomiast powieści Wojdowskiego, Kuśniewicza, Nałkowskiej lub Berezy, próżno by szukać; księgarski subiekt nigdy o takich nie słyszał, no a w instrukcji obsługi klienta nie ma przepisu, by znać produkty przeterminowane.

Owszem, jeżeli autor nie wydoli finansowo i zrezygnuje z wywieszania się w księgarni, może cały swój nakład pierdyknąć pod wyro i pobawić w komiwojażerkę. Ale uwaga: od tego również potrącany jest podatek na rozpieprzenie kultury.

* * *

Różnica między stroicielem fortepianów a kompozytorem, należy do namacalnych namacalności. Ale, jak jeden bez drugiego nie może istnieć i oboje są fachowcami w swoich branżach, to kompletnym nieporozumieniem jest zamiana ich ról. Zanim pękniemy ze śmiechu, wyobraźmy sobie, że do Bacha przychodzi naprawiacz klawiszy, siada za instrumentem, wyniośle i bezceremonialnie strofuje mistrza pouczając go w sprawach polifonii, a na deser wręcza mu instrukcję obsługi piszczałek pod tytułem zreperuj se sam. Albo Beethovena, jak idzie do sklepu, kupuje parę desek, pół tony gwoździ, zanosi do domu i zbija sobie grającą szafę.

Podobnie w literaturze: jeden jest oprawiaczem książek, a drugi je pisze. Tak jak jeden jest kulturalny, a drugi pracuje w kulturze. W tym miejscu zaczyna się robić poważnie, bo zadaję sobie pytanie: kim jest obecny artysta, człowiek uprawiający zawód literackiego biznesmena? I odpowiadam: to figura na wskroś pragmatyczna; już nie twórca, lecz jeszcze nie człowiek interesu. Ot, złota rączka niepewnego geszeftu.

Usługi dla mas

Twórczość stała się częścią przemysłu: stanowi jego wiodący PRODUKT. Twórca zaś dołączył do szczurzego stada szybkich zarobkiewiczów i przekwalifikował się na fabrykanta kiczu.

Ostatnio poczyna sobie śmielej: wysyła swoją garmażerkę na rozmaite konkursy, a że czyni to co rusz, bywa nagradzany, wyróżniany pozłacanym bobkiem. Pojawia się na zjazdach, kongresach i kulturalnych sympozjach w roli laureata, rozjemcy, mediatora zżeranego dydaktyzmem, nieomal nauczyciela zawodu artysty.

Kiedy mam do czynienia z wygłaszanymi przez niego wystąpieniami, w których na wstępie zaznacza, że jest artystą, po czym, bez żenady piętnuje niski poziom cudzej twórczości, zaczynam się wstydzić. Nie za niego, gdyż byłoby stratą czasu żałować bufona, ale za tych, co mu nadskakują i tych, co utwierdzają go w mylnym przeświadczeniu, że coś sobą reprezentuje.

* * *

Nie zastanawia się, co by mogło być, gdyby nie poszedł z prądem. Gdyby nie dał się zwieść irracjonalnym nadziejom na lepsze. Nie umie też jasno i klarownie powiedzieć, co było kiedyś złe. Natomiast ryczałtem pochwala, aprobuje, z uznaniem cmokta i mlaszcze nad zachodzącymi zmianami.

Niektóre zmierzają ku lepszemu, inne nadal są albo nietrafne, albo takie sobie. Przeważnie jednak stwierdza, że aby żyć w obecnym świecie, trzeba się do niego dopasować, trzeba bez przerwy chwalić kulturalny brak kultury.

Zaczyna więc nie dostrzegać, czy proponowana przez niego twórczość jest żartem z czytelnika, czy należy traktować ją poważnie. Wywija swoimi wyrobami bez opamiętania, jak leci; tłucze je w ilościach przekraczających wszelkie pojęcie i rozsiewa gdzie się da: tu wiersz na okoliczność, tam proza do poduchy, ówdzie malarskie cacuszka do podziwiania, rzuca te swoje perły przed partyjne wieprze, każdemu z nich daje, co kto chce i na co jest zapotrzebowanie, co schodzi jak ciepłe bułeczki, a co sprzedaje jak czerstwe chały: laurkowe, akademijne, benefisowe, a płodny w tym rozsiewaniu jest na kształt królika.

* * *

Artyści z prawdziwego zdarzenia tolerują go jak raka na bezrybiu. Piszą o nim źle, potępiają za własne grzechy, odsądzają od czci i wiary, wieszają na nim psy, mierzą swoją miarką, podają jako przykład pleniącego się grafomaństwa i nieudacznictwa, przy czym uprawiana przez niego twórczość ma być odstraszającym dowodem na rozprzestrzeniający się upadek tejże.

Snobi wyrażają się o nim bombastycznie, prawie że na klęczkach, w przesadnych superlatywach. Stawiają na pomniku, wielbią bez powodu i na wyrost: zamiast pokazać mu drogę, zachęcić do bycia niesztucznym, wyrządzają mu krzywdę: utwierdzają w przekonaniu, że już wszystko wie, że zjadł wszelkie rozumy, może więc usiąść na wawrzynach i nie musi swojej wiedzy poszerzać, konfrontować z tymi, którzy również piszą, porównywać swoich bździn z ich dokonaniami.

W ten sposób staje się intelektualnym terrorystą, samochwałem uwielbiającym narzucać swoje poglądy i zwracać na siebie uwagę, być w centrum artystycznego tumultu, uchodzić za skrybę (np.), zabierać namaszczony głos w dyskusjach o czymkolwiek związanym z dziedzinami, o których ma zerowe pojęcie.

* * *

Zbigniew Wodecki, niezły przecież estradowiec, kompletnie wyczyszczony z zarozumiałości powiedział, że nie daje koncertów, tylko występy. Koncerty to dawał Paganini, a on doskonale zna swoje artystyczne parametry i nie robi za pyszałka. Podobnie można by rzec, że poetą był Herbert, pisarzem Faulkner, a rozrośnięte stado dzisiejszych wierszokletów i prozaików, to granda w biały dzień; napisze taki ze trzy cherlawe tomiki i już wije gniazdko na Parnasie, już kupuje na Allegro mało używaną aureolę i zmierza tam, gdzie są gwary, aplauzy i jupitery…

Siła ograniczeń

Założenie: artysta, to ostryga z perłą w środku.
Czytam o Prouście i zastanawiam się, czy mógłby wieść swoje życie bez przebrzydłych pieniędzy i czy jego twórczość byłaby znana i ceniona do teraz. Mam w pamięci jego niekrochmalone chusteczki, ręczniki używane tylko raz, ciepłe stosy trykotów wymoszczających mu przestrzeń pomiędzy poduszką a kręgosłupem, sprawiające, że mógł tworzyć w pozycji półsiedzącej, okulary kupowane na tuziny, a obok niego widzę muzyczne kwartety zapraszane do domu i dające mu prywatne koncerty.

Widząc to wszystko zadaję sobie pytanie; gdyby żył w nierozrzutnym stanie, mieszkał w kartonie, przykrywał się kołderką z gazet, czy nie byłby zaledwie chorowitym włóczykijem opędzającym się od materialnych trosk, astmatykiem szukającym noclegu pod mostami Sekwany i czy miałby wtedy czas na rozpamiętywanie, na przeczulone afektacje i poszukiwanie straconej magdalenki.

Finansowa niezależność choć trochę pozwoliła mu na zrekompensowanie zdrowotnych ograniczeń. Na istnienie w miarę normalne. Na spełnianie kaprysów i to kaprysów koniecznych w jego pisaniu. Ponieważ artysta jest nim tylko wówczas, gdy ma przywary. Honoriusz Balzak napisał: „najgorszą z wad jest nie mieć żadnej”. Ośmielę się dodać, że warunkiem tworzenia są usterki artysty; to poprzez walkę z własnymi ułomnościami zdobywa się na wiekopomne dzieła. Z im większymi trudnościami musi się zmierzyć, im więcej przeszkód pokonać, tym łatwiej mu zaistnieć w historii malarstwa, muzyki, literatury.

Przykładów mamy wiele: głuchota Beethovena, nędza Van Gogha, pijaństwo i awanturnictwo Villona, materialne posuchy Przybyszewskiej. A przywołany tu Balzak i jego wielkopańskie maniery? A Kafka ze swoimi konfliktami z ojcem, Schulz i jego neurotyczne niepewności wobec ludzi?

Można je mnożyć, bo wszystkie są pouczające, warto jednak wyobrazić sobie, że jest z owymi twórcami akurat odwrotnie; nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej maczugi, wszyscy przytoczeni artyści budzą się z chorego snu i nic im nie doskwiera. Beethoven słyszy, Van Gogh nurza się w dostatku, bo za miliony dolarów sprzedał ostatni obraz, a Balzakowi udał się interes i nie ma długów.

Z początku są zachwyceni takim obrotem rzeczy, ale już po krótkiej chwili poczyna ich gnębić ochota za pracą. I w tym oto podniosłym momencie stwierdzają, iż bez rekompensat w postaci negatywnych zalet, nic sensownego nie przychodzi im do głowy; co prawda są oczyszczeni z poprzednich obsesji, ale w zamian za wygodniejszą egzystencję, przestali tworzyć.

…………………………………………..
Marek Jastrząb — felietonista. Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”, drukował w „Odrze”, „Nowym Wyrazie” „Nowej Okolicy Poetów”, Miesięczniku Literackim”, „Faktach”, „Promocjach”, „Przekroju”, „Nowej Gazecie Literackiej”,” Poboczach”, „Kwartalniku Artystycznym” „Akancie”, „Migotaniach”, „Tyglu”, „Gazecie kulturalnej”, „BIK-u, trzech antologiach „Ogrodu ciszy”, w e-tygodniku literacko-artystycznym pisarze.pl, oraz w czasopiśmie ”Nowe Myśli” i prasie lokalnej. Zamieszczał w tych pismach opowiadania, felietony, eseje, recenzje.
12.03.2021

MAREK JASTRZĄB Zysk, czyli duch naszych czasów
1 vote, 5.00 avg. rating (95% score)

..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter | przekaż wsparcie
[27] Komentarze
  1. “Twórca zaś dołączył do szczurzego stada szybkich zarobkiewiczów i przekwalifikował się na fabrykanta kiczu”

    – – –

    Proszę zatem łaskawie powiedzieć czym/kim stał się krytyk literacki/felietonista?
    (taki jak pan)

  2. Autor jest neurotycznie nieprzychylny współczesności. “Kiedyś to były czasy” – to jego motto.

    Kiedyś to byli prawdziwi artyści, a dzis są grafomanii. Bo co? Bo wynaleziono Internet i “każdy” może tworzyć.

    Tak. Kazdy może sie wypowiedzieć i mamy też elektryczność. Kazdy może sobie zapalić światło.

    Koniec z elitarnością sztuki. Dość tej bufonady zwanej literatami.
    Nie ma już literatów. Panteon został spalony miotaczami płomieni.

    Teraz są influencerzy. Teraz jest elektryczność, a nie lampy naftowe panie autorze.

    Czy teraz artyści są gorsi? Gówno prawda. Nie są gorsi tylko jest ich więcej. Jest wiekszy tłok i dinozaurom kurczy sie poletko do wypasu.

    Jest wiekszy tłok, ale za tym idzie wiekszy wybór.

    Nie mam zamiaru cale zycie czytac Prousta i Balzaca.
    Mam ich w dupie.

    Wole czytac moich blogerow.

    Deal with it or die

    Stary, niedoceniony panie literacie podłączony do kroplówki swoich lęków i niespełnionych marzeń

    • sin
      nie znam Pana, nie wiem, jaki ma Pan dorobek, toteż na temat Pana twórczości nie będę zabierał głosu; w przeciwieństwie do Pana nie wypowiadam się o czymś, o czym mam blade lub demagogiczne pojęcie.
      Tak więc rozróżniam artystę od pyszałka stosując w tym celu kryterium pracy i jej sprawdzalny efekt. I rzeczywiście nieważne jest miejsce zamieszczenia dzieła poddanego publicznej ocenie: Internet czy papierowe wydawnictwo, lub galeria, to ten sam pies. Ważna jest praca nad sobą, a nie gadka o gruszkach na wierzbie.
      Dziwi mnie Pana zdanie, jakobym opowiadał się za przeszłością i klasykami, a potępiał współczesnych artystów. Na jakiej podstawie opierają się Pańskie zarzuty?

      • Na takiej podstawie, ze ani słowem nie pisze Pan nic dobrego o ani jednym współczesnym pisarzu.

        ……
        Nie jestem literatem tylko czytelnikiem. Nie potrzebuje żadnego dorobku

        • sin
          Mam zasadę: nie wypowiadam się o żyjących twórcach. U zarania swojej bazgraniny pisałem recenzje o dzisiejszych poetach i prozaikach do różnych periodyków. Lecz od kiedy poczęły dominować w literaturze maniery z magla rodem i od czasu rozprzestrzenienia się zwyczaju zdradzania „czytelnikom”plotek o autorach (myślę tu o rzekomym przyjacielu Kapuścińskiego i głośnej książce o nim jako donosicielu płodzącym konfabulowane reportaże. Nie chcę namawiać Pana na czytanie swojego całego tekstu o Kapuścińskim zamieszczonego w EPRAWDZIE. Ograniczę się do fragmentu: „W dziełach Kapuścińskiego fakty i daty nie są tak ważne, jak aura wytworzona wokół nich. Interesuje go sedno problemu, istota rzeczy, synteza sprawy, reminiscencje i zbitki przeżyć zapamiętanych z różnych miejsc kontynentów. Tworzy z nich kolaże, mozaiki złożone z przenikających się zagadnień. Tym samym buduje własny świat „ogólnych” uczuć; za nic ma drobiazgowe przedstawianie szczegółów; przesadny weryzm – zamula wyobraźnię.”)., postanowiłem, iż nie dołączę do chóru pochodzenia dulskiego.
          W tym, że mówi się w konwencji przytaczania anegdot o twórcach, nie ma nic zdrożnego. W takiej scenerii poruszał się Boy pisząc o „Weselu” Wyspiańskiego, w takiej zajmował się „odbrązawianiem” Mickiewicza. Jednakże gdy anegdota opiera się na prawdzie, a nie pogłoskach i zmyślonych wydarzeniach, to insza inszość. Natomiast zupełnie inna jest, kiedy, zamiast autentyzmu, do demagogicznego gaworzenia o obecnych, zakrada się smrodliwa atmosfera zachwytu nad cudzym nieszczęściem.
          Bezpardonowe wkraczanie w cudze istnienie, a zwłaszcza w istnienie przebiegające obok mnie, wymaga taktu i jakiejś elementarnej przyzwoitości, bo kiedy jest tak jak teraz, można kogoś nieodwracalnie, pochopnie i „bezinteresownie” skrzywdzić.
          Nie zamierzam więc babrać się w moralnych nieczystościach i dołączać do stada ciekawskiej gawiedzi, bo mam ten gust, by zachowywać się się normalnie. A zachowywać się normalnie, to w moim rozumieniu oznacza: odwrotnie, niż Pan.

          • Zacytuję:
            “poetą był Herbert, pisarzem Faulkner, a rozrośnięte stado dzisiejszych wierszokletów i prozaików, to granda w biały dzień” (…)

            “Obserwuję inwazję literackich apostołów, którym wydaje się, iż można pisać bez znajomości podstaw, widzę narastającą falę samozwańczych artystów, pisarczyków tworzących z doskoku, ludzi wygórowanego mniemania o sobie.”

            ………..

            Przepraszam ale co to ma być jak nie szydzenie, kpienie, obrażanie ludzi, wyzywanie od grafomanów. Gdyby były nazwiska, to by sie posypały pozwy sądowe.

            Ma pan manierę wywyższania się nad innym twórcami, nawet nie podając argumentow, nazwisk, przykładów.
            I jeszcze pan twierdzi, ze zachowuje sie w porzo
            Urządzil pan sobie festiwal kpin z innych tym artykułem.
            Bogaci kpią z biednych. Szczupli i wysportowani szydzą z grubych. Pan kpi z tych o mniejszym talencie.

            A słowo “gawiedź” czym jest jak nie inwektywą? Z szacunku do drugiego człowieka nie puszcze panu wiązanki
            choć potrafie to robic i to dobrze

            • sin
              Nie wątpię, że potrafi Pan puszczać wiązanki. Mnie udało się z jednym słowem „gawiedź”, Panu zaś pękła żółciowa żyłka i nastąpił wylew obraźjiwych słów o tzw. elitach Gdyby jeszcze potrafił czytać ze zrozumieniem, umknęlibyśmy akademickich rozmów o czterech literach Maryni. Irytujące jest, że nie zauważa Pan, iż jedyny sprawdzian talentu twórcy nazywa się PRACA. Bułhakow pisał „Mistrza i Małgorzatę” przez dwadzieścia lat, a Pan taki wysiłek ma gdzieś. Talent nie starcza. Problem w tym, że poetą był Herbert, a Pańscy blogerzy są NA RAZIE – kandydatami.
              Kultura pochodzenia górnopółkowego została przez Pana odrzucona w sposób arbitralny. Zakwalifikował ją Pan do tworów przeżytkowych i skostniałych, podczas gdy bez niej nadal tkwilibyśmy na drzewach.

              • “Elita”, “Arystokracja”, “Błęitna krew” i inne górnolotne bzdury.

                Przypomnę tylko, że Anthony Burgess został wykpiony przez elity.
                Tak samo wykpiony został Bukowski.

                To czytelnicy decydują, a nie elity.

                Pan pisze o tzw. o klasykach literatury, czyli facetach, którzy żyli 100, 150, 200 lat temu. Trzeba by sie troche updatować panie Marku żeby oceniać obiektywnie 21 wiek i pisac o facetach, ktorzy zyli 10, 20 lat temu.

                I o tych, ktorzy jeszcze żyją np Joanna Bator albo Twardoch

              • Mistrza i Małgorzatę nie da się czytać, tak samo jak Sienkiewicza i Dostojewskiego. To mega gnioty.

                Umysł ludzi z 21 wieku inaczej dziala. Neurony inaczej sie łączą dlatego, ze kultura i media dostarczają bodzcow głównei wzrokowych wiec mózg sie do tego przystosowuje.

                W czasach klasyków nie było nic, oprocz słowa drukowanego. Dlatego te powiesci są utopione w bezsensownych opisach

                Dzis czyta się dla fabuły, informacji, rozrywki, faktow

                • Trzeba miec jaja zeby nazwać ksiazki Dostojowskiego gniotem, ale jest w tym sporo racji.
                  To tak jakby powiedziec że mercedes z lat 70 jest dobrym samochodem bo nim nie jest. Był nim w swoich czasach. W naszych już nie.

                • sin
                  We fragmencie o kpinie miałby Pan rację, gdyby tak było że piszę o dzisiejszych autorach, uznanych powszechnie, a nie tylko przez nobliwą elitę. Lecz urządzam sobie językową zabawę z umysłowych imprezowiczów, z falsyfikatów, uzurpatorów i podróbek, z tych, co uważają się za „literackich apostołów”, zwolenników besserwisserstwa, tych, co każdego dnia publikują wiersz i są nieprzytomnie przekonani, że jest on arcydziełem. W odróżnieniu od poetów typu Szymborska, poetów publikujących nieczęsto i zdających sobie sprawę, że wiersz, jak dobre wino, musi leżakować, nim zostanie zaprezentowany, influencerzy stanowiący współczesną odmianę wczorajszych elit, miotają swoimi wierszami bez opamiętania. Ogłaszają je bezkrytycznie, bez zastanowienia, natychmiast, a robią to dzięki Internetowi. Tu słowa z mojego artykułu: “utwierdzają go (czytelnika i dopisek mój: M.J) mylnym przeświadczeniu, że coś sobą reprezentuje.” “W ten sposób staje się intelektualnym terrorystą, samochwałem uwielbiającym narzucać swoje poglądy i zwracać na siebie uwagę, być w centrum artystycznego tumultu, uchodzić za skrybę (np.), zabierać namaszczony głos w dyskusjach o czymkolwiek związanym z dziedzinami, o których ma zerowe pojęcie.
                  *
                  Internet, to rzeczywiście mentalny przewrót. Dobrodziejstwo umasowienia środków medialnej komunikacji, szybkość przekazu i jego dostępność. Zarazem to przekleństwo. Zagrożenie polegające na nieumiejętności korzystania z niego, na łatwowierności i nadmiernym zaufaniu do zamieszanych w nim informacji. Do głoszonych w nim „prawd”.
                  Masowość tworzenia uważana jest za pozytywne zjawisko, podczas gdy w dalszym ciągu aktualne jest zdanie Gombrowicza o hierarchii w sztuce: nie każdy może uważać się za artystę i nie jest to wymysł zakutej pały. Natomiast rzeczywistość wyprzedziła realia i do głosu dorwała się ochlokracja przekonana, że milion wróbli zastąpi orła.
                  Przed wiekami, w czasach Dulskiej lub Dyzmy, panny służące, kucharki i przekupki uczestniczyły w kulturze fanatycznie czytając kiczowate romanse. Powodzeniem cieszyły się wyroby niejakiej Mniszkówny. Jednakże nastąpiły czasy, gdy obecny ktoś o niepozornym pomyślunku otrzymał od losu szansę na szersze zaistnienie: mógł tworzyć.
                  Usłużne hordy o bolszewickiej proweniencji wmówiły owym „ktosiom”, że są niepowtarzalni, wybitni, a nawet mądrzy. Nie wszyscy uwierzyli w gołosłowne zapewnienia. Niektórzy oderwali się od kadzidlanych mrzonek i poczęli zgłębiać tajniki i niuanse tworzenia. Poznawać jej historię i mechanizmy, a poznawszy prawidła rządzące jej naturą, zaczęli doceniać fakt, że nie ma przepaści pomiędzy przeszłością, a teraźniejszością, gdyż obie, tak obecna, jak wczorajsza epoka, są kontynuacjami. Niektórzy zaś – a o nich piszę – spoczęli na laurach.
                  Lolman
                  racja: dzisiaj nie da się czytać cegieł pisanych rozwlekłym stylem Prousta. Niektóre fragmenty utworów Manna też są niestrawne. Lecz dzieła te były wybitne w czasie pierwszego wydania, jak słusznie powiedział Kocur. Wszelako nazwanie gniotami książek Dostojewskiego jest dowodem na agresywną ignorancję i nieporadność językową. Nie dziwi mnie zatem, że ludzie niepojmujący znaczenia słów, którymi się posługują, zarzucają mi że piszę dobrze, czyli źle.

                  • Wszelako nazwanie gniotami książek Dostojewskiego jest dowodem na agresywną ignorancję i nieporadność językową.

                    Słyszał pan Autor o słynnej nawijce Gombrowicza?

                    “Bo Dostojowski wielkim pisarzem był”

                    parafrazując

                    Nie powiedziałem, że Dostojewski jest głupi, albo że był złym pisarzem, tyko że pisał gnioty.

                    To jest moje zdanie prywatne.

            • Ależ to akurat jest prawda. Niezależnie od tego, w jakich czasach żyjemy i że jest już “elektryczność i internet”, twórcy tacy jak Dostojewski, Herbert, Mann, a z żyjących na przykład Myśliwski, będą zawsze stać wyżej w hierarchii twórców, niż blogerzy i influencerzy znani z pokazywania gołej dupy. I nieprawdą jest, że nie trafia to do młodego pokolenia, bo sam, choć jestem grubo po 40-ce, znam dwudziestoparolatków, którzy są zafascynowani “dinozaurami”. Myślę, że to kwestia konstrukcji psychicznej. Jednemu 100, 200 lat temu podobał się Dostojewski czy Dante, inny szedł na jarmark oglądać babę z brodą. Dziś jeden czyta Herberta czy Myśliwskiego, drugi włącza Eurowizję i też ogląda babę z brodą.

              • Blogerzy nie są znani z “pokazywania gołej dupy”. Co to za tekst?!
                Influencerką jest np. Manuela Gretkowska albo Paulina Młynarską, bo publikują regularnie posty w socialach i mają duże zasięgi.

                Jeśli dla was te autorki są grafomankami, to gratuluje nie/wiedzy i dobrego samopoczucia.

              • “twórcy tacy jak Dostojewski, Herbert, Mann, a z żyjących na przykład Myśliwski, będą zawsze stać wyżej w hierarchii twórców, niż blogerzy i influencerzy”

                ……………………………

                A proszę mi pokazać jak wygląda owa hierarchia. Jak się nazywa urząd do wartościowania pisarzy. Kto jest tym ciałem oceniającym?
                Gdzie mają swoje biuro?

                Czyżby chodziło o Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego?

                To by się nawet zgadzało.

                • Oczywiście, że nie ma takiego biura, nie ma instytucji oceniającej, a już na pewno nie może nim być MKiDN. Jedynym kryterium jest poczucie estetyki. Jednemu podoba się Dostojewski czy Bach, innemu Doda albo Martyniuk. I zgodzę się, że tych drugich jest sto razy więcej. Tyle, że jest to, jak już wspomniałem, kwestia konstrukcji psychicznej. Nie każdy jest wynalazcą, konstruktorem, kompozytorem, nie każdy też dorósł do rozumienia niektórych rzeczy. A niektórych intelektualny chłam (wspomniany Zenek) po prostu odrzuca i zniesmacza.

    • sin
      pisze Pan, że potępiam współczesnych pisarzy i jako potwierdzenie tej bzdurnej wypowiedzi, przytacza zabawny argument: „ani słowem nie pisze Pan nic dobrego o ani jednym współczesnym pisarzu.” Jeżeli ma to być dowód na potępianie, to gratuluję logiki. Zresztą nieszczęsne zastosowanie tego słowa doskonale tłumaczy Pański tok rozumowania. Po prostu, ani Pan, ani ja, nie jesteśmy z tej samej bajki. Niby czytamy ten sam tekst, ale, na skutek różnic pokoleniowych, interpretujemy go „wedle wieku”.
      Pisze Pan, że się „wywyższam” i jest to kolejna bzdura. Choćby dlatego, że w swoich tekstach wielokrotnie podkreślałem, jak daleko mi do „wybitnych”. Lecz usprawiedliwianie się z podobnych pomówień jest robotą głupiego (niech Pan nie wysnuwa z tego stwierdzenia wniosku, że nazwałem Pana głupcem!).
      Pisze Pan: Bogaci kpią z biednych. Szczupli i wysportowani szydzą z grubych. Pan kpi z tych o mniejszym talencie. I znowu nonsens. Gdzie Pan znalazł kpinę z mniejszego talentu? A gdzie nabijam się ze słabszych?
      Mam nadzieję, że dzielące nas różnice da się wyjaśnić poprzez uważne śledzenie swoich tekstów i intencji. A także stosowanie jednakowych reguł oceniania. To jednak wymaga stworzenia wspólnego mianownika.

      • Gdzie kpina? zacytuję ostatni raz, bo czuję się jakby rozmawiał z głuchym
        ………

        “Obserwuję inwazję literackich apostołów, którym wydaje się, iż można pisać bez znajomości podstaw”

        “Nastąpił okres wzmożonej walki z nieprzeciętnością.”

        “Inteligenta z taśmy”

        “Ostatnio poczyna sobie śmielej: wysyła swoją garmażerkę na rozmaite konkursy”

        “Snobi wyrażają się o nim bombastycznie, prawie że na klęczkach, w przesadnych superlatywach.”

        “utwierdzają go w mylnym przeświadczeniu, że coś sobą reprezentuje.”

        “W ten sposób staje się intelektualnym terrorystą, samochwałem uwielbiającym narzucać swoje poglądy i zwracać na siebie uwagę, być w centrum artystycznego tumultu, uchodzić za skrybę (np.), zabierać namaszczony głos w dyskusjach o czymkolwiek związanym z dziedzinami, o których ma zerowe pojęcie.”

        ………………

        Cały pana akapit pt “Usługi dla mas” (wraz z samym tytułem) jest kpiną – ze współczesnego, internetowego grafomana, blogera, pisarza, artysty, influencera

        Nie podaje pan nazwisk i nie argumentuje przykładami konkretnych dzieł, więc jest to kpina ogólna – takie efektowne dowalenie żeby siebie w ten sposób dowartościować i posluchac oklaskow snobistycznej gawiedzi z wlasnego środowiska. Moge sie zalozyć, ze puszcza pan ten post w socialach i potem czyta komentarze pelne aprobaty nad upadkiem wartości i zalewem kiczu. Fakt, że nie ma tam nazwisk ani przykladow sprawia, ze patrzy sie na to umoralniajace pokrzykiwanie, na to utyskiwanie z politowaniem.

        A ponieważ umie pan pisać w sposób płynny i dosc efektowny choc mega archaiczny, to komuś sie to pewnie podoba. Podoba sie to snobom, inteligentom 60 +, ktorzy nie pojmuja nowych czasow i dzieki tym bluzgom poprawiaja sobie chwilowo samopoczucie.

        • Sin
          ——-
          ja ci przyznaje racje ale tego autora nie przekonasz chocbys stanal na glowie

          widac ze on sie urodzil w innej epoce i zyje w swoim swiecie

        • “Podoba sie to snobom, inteligentom 60 +, ktorzy nie pojmuja nowych czasow”

          Na samym początku komentarzy Pański sprzeciw wobec generalizujących ocen autora omawianego tekstu i przedstawione argumenty miały sens i uzasadnienie, któremu nie mogłem zaprzeczyć, bo mam akurat podobny pogląd.
          Ujmę to po swojemu: jest Sztuka, lokowana we współczesnych odniesieniach, i jest historia Sztuki. Kropka.

          A teraz niech Pan przeczyta cytat z Pańskiej wypowiedzi.
          Proszę wybaczyć, ale Pan też zaczął wartościować uogólniając, jak autor, z którym Pan prowadził polemikę, czyniąc właśnie z tego główny zarzut.

          Jak widać, emocje mogą ponieść.
          I to też można przyjąć ze zrozumieniem, czego i Panu życzę.
          mj(od) +60
          Pozdrawiam

          • Powinienem mieć przydomek „Nie rozumiem”, ponieważ większość moich wypowiedzi zawiera słowa o podobnym wydźwięku. Nie pojmuję więc, dlaczego ciągle piszę o tym samym i stale prześladuje mnie wrażenie paplania do ściany czy gaworzenia kulą w płot. Po jakie licho strzępię ozór wysilając łepetynę na zdania, których i tak nikt nie weźmie do serca?
            Co prawda mój specyficzny styl toleruje może z pięć osób na krzyż i nie mam zbyt wielu powodów do dumy, ale nic na to nie poradzę: gnębi mnie przymus zabierania głosu. Moje sceptyczne podejście wynika z lektury naprawdę dobrych pisarzy. Kontakt z ich twórczością gasi wszelką zarozumiałość i dopiero wtedy, jak czyta się teksty dużo lepsze od swoich, wyrasta na łbie włosiennica zamiast aureoli.

            • “stale prześladuje mnie wrażenie paplania do ściany”
              ……….

              To prosze zacząc pisać inaczej. Zmienić tematykę. Otworzyć się na nowoczesność, starać się zrozumieć, a nie potępiać.
              Pan nie zna dobrych współczesnych pisarzy, więc trzeba iść do bibiloteki i zapytać np o Houellebecqa

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.
Obrażliwe wypowiedzi będą usuwane.