Wszystko zaczęło się od Andrzeja Nehrebeckiego. A właściwie od jego głosu, w którym zakochałam się od pierwszego „słyszenia”. Głos jest bardzo ważny. Jeśli dołożyć do tego entuzjazm, z jakim facet potrafi opowiadać fascynujące historie z własnego życia i konfrontować je z bolączkami swoich klientów, jestem absolutnie ugotowana. Nie, nie zawsze bywa kolorowo. Potrafi też spuścić łomot. Wychłostaną nigdy nie byłam (czego żałuję), ale miałam okazję się osłuchać, jak stawia do pionu innych. A ponieważ obowiązuje mnie klauzula poufności, w tym wątku — poza publicznym wyznaniem miłosnym — nie mogę napisać nic więcej.

Obraz Hieronima Boscha "Szarlatan".

Obraz Hieronima Boscha “Szarlatan”.


Ale mogę węszyć. I tak też swojego czasu robię, ustalając, iż Nehrebecki jest dyrektorem w Instytucie Terapii Integratywnej w Krakowie, a jego klientami są zarówno osoby z problemami, jak i przyszli terapeuci. Nic zaskakującego, ponieważ po lekturze Daru terapii Irvina D. Yaloma miałam już świadomość tego, jak ważne w samodoskonaleniu każdego terapeuty jest pełzanie ścieżkami psychoterapii własnych.
Wtedy wpadam na termin „ustawienia rodzinne”. Jak podaje Wikipedia, jest to metoda porządkowania splątanych i zerwanych więzów rodzinnych. Wg Hellingera i jego teorii “wiedzącego pola”, obcy człowiek postawiony symbolicznie na miejscu kogoś z rodziny pacjenta ma takie same odczucia jak osoba, którą reprezentuje, chociaż prawie nic o niej nie wie. Czyli, najprościej mówiąc, Bert Hellinger jest kumplem wspomnianego psychoterapeuty (w 2012 wydali nawet wspólnie książkę Miłość zaklęta w chorobie), a Nehrebecki, jako wierny fan metody „ustawień rodzinnych”, testuje ją na króliczkach w swojej Pocieszce.
I teraz pojawia się pytanie: czy to źle? Czy są podstawy do tego, by wszczynać przeciwko psychoterapeucie postępowania sądowe (jak czytam na forach internetowych, zalanych gorzkimi żalami przez kilku byłych klientów) tylko dlatego, że terapia nie podążyła w kierunku, jakim by sobie tego życzyli (co jest, swoją drogą, wliczone w cenę efektywnej terapii)? W końcu — czy wolno publicznie nazywać któregokolwiek z panów szarlatanem (do czego posuwa się na swoim blogu Irena Szafrańska, używając zresztą jeszcze kilku innych przesiąkniętych jadem zwrotów)? Ja mówię — nie, ale ponieważ na szali kładę obiekt swoich westchnień, mogę być nieobiektywna, zatem argumenty.
Za Wikipedią: Zdaniem Aleksandra Posackiego terapia Hellingera jest “niebezpieczna i ma wyraźnie cechy antychrześcijańskie”. Owszem, każdy rodzaj psychoterapii takowe cechy wykazuje. Susan Forward, jedna z najbardziej znanych amerykańskich psychoterapeutek, uważa, iż proces terapeutyczny jest wręcz wyzwaniem wobec niektórych najbardziej hołubionych zasad religijnych, duchowych i filozoficznych, ponieważ często kłóci się z ich założeniami (Toksyczni rodzice, 2012). Jeśli ta kwestia jest dla klienta nie do przeskoczenia,

zamiast do terapeuty może skierować się do najbliższego kościoła i poprosić o pomoc samego Boga. Podobno niektórym to pomaga.

Dwa: Ustawienia hellingerowskie, niezależnie od ich merytorycznej oceny, koncentrują współcześnie krytykę bardzo różnych szkół psychoterapii, uosabiając słabość naukową ogółu jej nurtów. Ktoś jednak uznał (i podejrzewam, że nie była to pani Jadzia z warzywniaka), iż metoda „ustawień rodzinnych” winna być wykładana na wydziale psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. Przez pomyłkę? Nie sądzę.
I wreszcie kwestia wykształcenia samego Hellingera. Znam kilku psychoterapeutów, którzy — mimo ładnego papierka — nigdy nie powinni pracować w tym zawodzie. Z kolei niektórzy „zwykli” ludzie (i pewnie nie tylko ja się z takowymi w życiu spotkałam) mają szczególny dar odnajdywania u innych przycisków potrzebnych do użycia w ich drodze do odnalezienia emocjonalnej równowagi. Najważniejsze, aby między klientem a terapeutą zaiskrzyło. Potem możemy sprawdzić jego résumé i jeśli nie spełnia naszych oczekiwań — iść do innego.
Zgadzam się, że metoda „ustawień” (jak i sami panowie) może wzbudzać wiele kontrowersji. Andrzej Setman też wzbudza, a znam osoby, którym bardzo pomógł. Czy chociażby — zbaczając lekko z psychoterapeutycznej ścieżki — medycyna holistyczna, z tymi swoimi miksturkami, wahadełkami i różdżkami. Śmieszy, mnie również. Ale spotkałam ludzi (również w środowisku lekarskim), którzy — na etapie utraty wiary w możliwości medycyny tradycyjnej czy przez zwykłą ignorancję mającą miejsce w placówkach państwowych — uznali, iż kontrowersyjne ziółka są ostatnią deską ratunku i dzisiaj pozwalają mi na własne oczy obserwować dowody ich skuteczności. Również w przypadku zaburzeń ze spektrum autyzmu.
Proces zdrowienia osoby rozchwianej emocjonalnie jest długi i złożony. Jednemu będzie wygodniej w terapii indywidualnej, innemu w grupie, trzeci odnajdzie spokój ducha w medytacji, a kolejny weźmie udział w „ustawieniach rodzinnych” u jakiegoś niedouczonego szarlatana i wyjdzie z nich złożony do kupy (bez urazy). Mamy wybór (w dodatku coraz większy), jednak przede wszystkim też możliwość powiedzenia „stop!”, kiedy czujemy, że dzieje się nam krzywda. Może warto — zamiast pluć jadem na innych — z tego wyboru po prostu korzystać. Ale co ja tam wiem. Przecież miłość jest ślepa.

………………………………..
Beata Kołodziejczyk — zmaterializowała się 8 kwietnia 1983 roku jako poważnych rozmiarów deficyt pokory. Odkąd pamięta, zapisywała świat słowami. Dawniej sprayem na warszawskich murach, teraz próbuje klawiszem. Straciła całe lata, próbując zaprzyjaźnić się z własną samotnością. Dzisiaj wie, że było warto. Nie uznaje półśrodków. Mówi o sobie, że jest bardzo wysoko postawionym nikim, zbyt często jej na zmianę i uwielbia wychodzić poza sferę cudzego komfortu. A gdyby była mniej wyszczekana, miałaby więcej pseudoprzyjaciół. Prozę życia poznała od bogato wystrzępionej podszewki. Pisać o niej nauczyła się na „Portalu Pisarskim”, z którym rozpoczęła przygodę we wrześniu 2013 roku, publikując oraz ucząc się na własnych błędach. Od stycznia do października 2014, jako redaktor prozy, wytykała je innym.W sierpniu 2014 przysiadła jako szef działu publicystyki i korektor w dwumiesięczniku literackim „Sofa”, a od marca 2015 także wolontariusz w Fundacji Zobacz… Jestem! Na co dzień otacza się dziećmi, również tymi zamkniętymi we własnym świecie. Wierzy, że one i poezja pomagają odnaleźć dziecko w sobie. Zdarzyło jej się kilka wyróżnień, pierwszych miejsc w konkursach różnego formatu, tomik wierszy (A)tomik (2014, Wydawnictwo Miniatura) oraz zbiór opowiadań Cztery smaki (2015, Wydawnictwo Morphinum). Więcej grzechów nie pamięta.
……………
Więcej: Facebook|Lubimyczytac.pl
Ilustracja: “Szarlatan” Hieronim Bosch
28.09.2015

Psychoterapeuta czy szarlatan? BEATA KOŁODZIEJCZYK Bogiem a prawdą
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)
..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter|zgłoś sugestię

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.