Amsterdam

Każdy czasami czuje, że chciałby się napić. Od razu jest raźniej. „Trochę whisky wzmacnia serce” — oto jak mówi znane (może tylko mi) porzekadło. W erze wszechobecnych aplikacji całkiem łatwo jest znaleźć barowe wydarzenie. Zwłaszcza w Amsterdamie. To wyjątkowe miejsce na mapie Europy, w którym człowiek czuje się zawsze mile widziany, miasto wita każdego silnym i ciepłym uściskiem. Byłam w Amsterdamie kilkanaście razy i nigdy nie poczułam się samotna.

Tego jesiennego wieczora, kiedy mój miesięczny pobyt w Holandii dobiegał końca, postanowiłam włączyć aplikację Couchsutfing, która ma opcję oznajmiania światu, że che mi się pić. Tak, używam tego często. Jakieś spotkanie towarzyskie odbywało się jedynie 8 minut ode mnie. Przeczesałam włosy, w końcu nigdy nie wiadomo z kim przyjdzie się upić, i z uśmiechem na ustach ruszyłam do celu, myśląc sobie, że już niedługo przestanie mnie suszyć.

Mój uśmiech stał się jeszcze większy, gdy przeczytałam nazwę baru — Bar Bukowski. Jeśli tam się człowiek nie upije, to nie ma nadziei.
Piękny wieczór, pozytywne myśli i obrazy nadchodzącej przyszłości i już! Już widzę ten szyld z niezbyt przystojną twarzą Charlesa, ale jakoś rozgrzewającą moje serce, przynoszącą uspokojenie i radość.
Weszłam dumnie do baru. Mnóstwo ludzi, gwar i śmiech. Moje pierwsze kroki skierowałam do baru. Mieli piwo z mojego ulubionego holenderskiego browaru Brouwerij’t ij w dedykowanej dla tego baru wersji o nazwie… tak, Bukowski. Idzie dobrze, pomyślałam. Nie należę do nieśmiałych osób i nie mam problemu z przychodzeniem na otwarte wydarzenia towarzyskie, nie znając ani jednej osoby. Dlatego słowa, które usłyszałam trochę mnie zirytowały: „Chodź, nie wstydź się, usiądź z nami”. W ogóle się nie wstydzę, dziękuję bardzo. Ale w porządku, usiądę. Tylko dlatego, że sama chcę usiąść. Niezbyt zachęcający początek.
— Skąd jesteś?
— Przyleciałam z Norwegii, ale jestem Polką.
— Cool! — facet był z USA. „Cholera jasna”, pomyślałam.
— Więc co robisz w Amsterdamie?
— Cóż, szwendam się, czytam, piję, rozmyślam… Czyli w zasadzie nic.
— Cool! Hej, byłem w Oslo.
— Doprawdy? Przykro mi.
— Dlaczego? To naprawdę cool miasto!
„Czy on nie zna innych przymiotników?”, coraz bardziej nużyła mnie ta rozmowa. Tym bardziej, że blokowała mój zaplanowany proces picia.
— Cieszę się, że podobało ci się to miasto. My się raczej nie lubimy — Oslo i ja.
— Dlaczego?
— Nasza relacja po prostu nie działa. Jak w przypadku niektórych ludzi, nie ma chemii.
— Więc to przez ludzi? Nie uważam, żeby było cool, że nienawidzisz miasta, w którym mieszkasz.
— Och – odłożyłam piwo, bo poczułam, że coś się zaczyna dziać.
— Nigdzie w trakcie tej rozmowy nie powiedziałam, że nienawidzę Oslo. Powiedziałam ci tylko, jak to między nami jest. Nie powiedziałam też nic na temat ludzi…
— Bo wiesz, uważam, że jeśli nienawidzisz ludzi wokół, tak naprawdę nienawidzisz siebie. — Najwyraźniej facet był w trakcie jakiejś pseudo analizy i tylko czekałam na pytanie dotyczące relacji z ojcem.
— To bardzo ciekawa hipoteza, jakkolwiek masz na imię. Obawiam się jednak, że nie ma żadnego logicznego związku między nią a tym, co do tej pory ci powiedziałam. Tym samym konkluzja na mój temat, którą tak nierozważnie wysunąłeś, jest również chybiona. Ale doceniam, że próbowałeś wmieszać w tę rozmowę, bądź co bądź banalną, ale jednak psychoanalizę. Popracowałabym nad argumentacją na twoim miejscu. Zwłaszcza, że od początku masz gotową teorię.
SANDRA IWONA SZAJA Amsterdam -- opowiadanie
Wstałam. Potrzebowałam kolejnego piwa. Zamówiłam ‘Zatte’ tym razem i już nie mogłam się doczekać kolejnych intelektualnych wyzwań, serwowanych przez Bar Bukowski. Bardzo szybko wchłonęła mnie następna grupa. Było miło: standardowe pytania i odpowiedzi, zagadnienia i problemy powtarzane w kółko zawsze i wszędzie. Ale tuż obok nas toczyła się rozmowa przypominającą bitwę. Bardzo dużo gestykulacji i prawie krzyków. Pomyślałam sobie, że pod żadnym pozorem nie mogę się ruszyć, jeden krok w tył i dokonam inwazji ich terytorium. Oczywiście tak właśnie się stało — im bardziej się czegoś nie chce, tym większe są szanse, że tak się stanie. I to moje drobne przesunięcie, malutki kroczek, sprawiło, że nastąpiła przerwa w „walce”. Stałam się kolejnym przeciwnikiem, ofiarą lub… ratunkiem. Zrozumiałam to po jednym spojrzeniu w oczy starszego, brodatego mężczyzny. Chciał, żebym wyzwoliła go z rąk małego, neurotycznego faceta, który zamiast patrzeć gdzieś w okolice mojej twarzy, skupił się na biuście (nawet, jeśli moja bluzka niczego nie odkrywała).

Człowieczek zaczął od faktu, że nienawidzi kontroli. Nigdy nie mógłby pracować w korporacji, to on musi decydować w pracy. I że potrafi obchodzić się z pieniędzmi. Nie wiedziałam na czym powinnam się skoncentrować — bardzo nudnym temacie finansowym czy na jego hiperaktywnych ruchach. Kołysał się do przodu i do tyłu… do przodu i do tyłu…
— …Nie mogę powiedzieć, że jestem bogaty. Nie. Ale jestem dobry w tym, co robię…
Do przodu i do tyłu…
— Właśnie tak to działa na giełdzie. Ale przynajmniej mogę spać jak długo chcę. Moi przyjaciele są, moi przyjaciele, denerwują się…
Do przodu i do tyłu… Do przodu i do tyłu…
— Jestem o wiele starszy, niż wyglądam. Ludzie mi mówią, moi przyjaciele… To pewnie przez to, że mężczyźni zazwyczaj tracą włosy. Albo siwieją. Ja nie mam takich problemów.
— A ile ty masz lat? — zapytał mnie Szwed, który nawet pomimo bardzo długiej brody, niepokojąco przypominał mojego byłego – Dałbym ci 24 lata.
Nim zdołałam nawet otworzyć usta, usłyszałam głośny i nerwowy śmiech.
— Niemożliwe, żebyś miała 24 lata! To znaczy, nie powinniśmy kobiety pytać o wiek. Wyglądasz młodo, ale nie na 24! — człowieczek prawie pluł.
— Dokładnie 24. Mam dokładnie 24 lata — odpowiedziałam. Nie miałam, ale co tam, niech będzie neurotykowi głupio.
— Och, ok. Ja wyglądam na 30, ale mam 43.
— E tam, wyglądasz na co najmniej 36. Nie pochlebiaj sobie — powiedział szwedzki prawie ex.

Ucieszyłam się, że moje piwo się skończyło. Poszłam do baru. Po złożeniu zamówienia, poczułam, że bardzo muszę do toalety. Niezbyt uprzejmy barman oznajmił mi, że nie mogę zostawić u nich piwa. Nie to nie, nie będzie napiwku. Nie było też szans, żebym zostawiła alkohol pod opieką tego neurotyka. No cóż, pójdę do kibelka później. Gdy wróciłam na salę, z osób, które poznałam pozostał jedynie starszy mężczyzna, którego ocaliłam. Nie miałam ochoty poznawać nowych ludzi i przechodzić przez piekło standardowych pytań. Podeszłam więc do Marka (tak miał na imię ocalony), który wyjaśnił mi, że pozostali wyszli na papierosa. Rozmawialiśmy przez jakiś czas, głównie o tym, czy powinnam przeprowadzić się do Krakowa. W końcu ktoś, z kim mogłam pić w spokoju! Wtedy właśnie przypałętał się nowy chłopak. Wyglądał jak duża, przestraszona mysz. Miałam wrażenie, że cały się trzęsie.
— Coś się stało? Boisz się czegoś? — zapytałam.
— Nie, nie, nie. Jestem Holendrem.
Wymieniłam spojrzenia z Markiem.
— Muszę przyznać — powiedział, gdy mysz w końcu uciekła. — Nigdy nie poznałam osoby, która byłaby takim magnesem na dziwaków.
Oto on — człowiek, który wszystko zrozumiał.
 

Praga

Obudziłam się głaskana promieniami praskiego słońca. Rozciągnęłam się leniwie, wiedząc, że ze względu na wcześniejsze wypady do stolicy Czech, widziałam już wszystkie najpopularniejsze miejsca i jestem zwolniona z bycia turystką. Dzień wcześniej zwiedziłam nawet Most Karola z perspektywy Wełtawy, z czerwonym winem w ręku. Zamek na Hradczanach, Katedra św. Wita, starówka, Ratusz Staromiejski z zegarem Orloj, nawet piwo na Malej Stranie mogą dać mi w końcu spokój! Zwlokłam się z łóżka, myśląc o planie na dziś, który ułożyłam sobie wczoraj, zwiedzając średniowieczne podziemia. Cały czas przewijał się temat dawnych oberży i browarów. Nawet Zakon Krzyżowców, zamieszkujący Pragę w dawnych czasach, miał swoją warzelnię piwa. „To jedna z tradycji, zaraz obok smażonego sera czy hermelina, którą muszę poznać dogłębnie”, pomyślałam sobie, patrząc na kufel z XIV wieku.

Wiedziona tą myślą, snułam się powoli w kierunku kuchni, lodówki i zbawiennej wody gazowanej, która rano jest jak napój bogów. „Jestem tutaj”, usłyszałam męski głos. Przestraszona, odwróciłam się, ale nikogo nie zobaczyłam. Nasłuchiwałam chwilę i gdy upewniłam się, że jestem sama, wróciłam do picia wody. „Znajdź mnie”… Tym razem na pewno się nie przesłyszałam. Zakrztusiłam się i wyplułam, co miałam w ustach.

„Przecież tak nie można, dokąd idziesz? Nie masz pojęcia, co to za głos”, mówiłam do siebie, zakładając buty. I rzeczywiście, nie miałam pojęcia, do kogo należy ów głos, ale miałam nieodpartą chęć, potrzebę nawet, by poszukać źródła. Nie miałam wyboru. Zbiegłam po schodach, wybiegłam z domu. Przemierzałam ulice Pragi jakby w gorączce, nie mając do końca kontroli nad ciałem. Każdy mój ruch był automatyczny i w pełni podległy słyszanemu głosowi. A ten mówił mi, żebym się pośpieszyła, że dłużej nie da rady. Trochę jednak miałam nadzieję, że głos odpuści sobie Most Karola, który jest wiecznie zatłoczony. Na szczęście droga wiodła niedaleko Vyšehradu, przez Železniční most (no to już bym wolała tłok jednak). Znalazłam się w dzielnicy Smichow i już wiedziałam, że za chwilę usłyszę drugi głos, dźwięczny, syreni. Pech, a raczej głos, chciał, żebym przeszła przy Browarze Staropramen, najstarszym w Pradze. Na pokuszenie. „Boże! Tylko jedno, malutkie piwko. Wypiję sobie, nabiorę sił. Nic się nie stanie”. „Stanie, stanie. Bo ja tutaj się za chwilę uduszę. Nie mogę się skupić, słowa mnie zawodzą”, wykrzyknął głos. „No dobra, ale wrócę tutaj!”.

Z ciężkim sercem i nogami potoczyłam się w dalszą drogę. Głos nabierał na sile. Wiedziałam, że jestem blisko. Nagle stanęłam przed drewnianą bramą, która sama się przede mną otworzyła. „Coraz lepiej”, pomyślałam, „Przecież mogę jeszcze wrócić do browaru”. Ale weszłam do czegoś, co nazywało się Futura Gallery. Najwyraźniej zupełnie nie umiem współpracować ze swoim systemem ostrzegawczym.
Na dużym placu, tuż przy murze budynku ustawione były białe rzeźby, pochylone tyłem w ten sposób, że centralnym ich punktem były… tyłki. Nogi i tyłki. Tylko tyle. Reszta rzeźby znikała w murze. Do każdej soczystej dupy prowadziły drabinki. „Nie, przecież musiałam gdzieś źle skręcić”. Byłam gotowa wyjść. „Nie wytrzymam! Chodź tu wreszcie!” — głos był tak silny, jakby ktoś krzyczał nad głową. Wdrapałam się po drabince, czując się cokolwiek nieswojo. Szczebelki trzeszczały pod nogami. Wcale mi się nie spieszyło. Kto wie, co mogłabym znaleźć w tym białym tyłku. W końcu zajrzałam…
— Boże drogi!
— Co? Co się stało?
Rozpoznałam go od razu. Siedział skulony w tylnej części tyłka, jak wyjęty ze starej, bardzo dobrze mi znanej fotografii. Czarne włosy, przenikliwe, chore oczy, ten przedziałek…
— Ten przedziałek… — wymamrotałam w szoku.
— Co z moim przedziałkiem? Pomyślałem sobie, że wrócę do mody z młodości. Ale kim ty w ogóle jesteś? Nie uważasz, że za mało jest miejsca w jednej dupie na nas oboje?
— Przecież sam chciałeś, żebym przyszła.
— Ja? — roześmiał się — ja niczego bardziej nie znoszę nad cielesne spotkania. Było mi niewygodnie, może trochę za głośno krzyknąłem. Miewam wybuchy złości, gdy jestem sam.
— Ale, ale… Ty przecież…
— Co ja? Znamy się w ogóle?
— Franz, prawda? Franz Kafka?
— We własnej osobie. Chowa się człowiek w tyłku, żeby mieć święty spokój, ciszę do kontemplacji słów. Z dala od tego zgiełku. Ludzi. Przysłał cię mój ojciec? Powiedz mu, że nie ma szans na ślub.
— Ojciec? Przecież twój ojciec nie żyje.
— O! Co za szczęście. To może jednak wyjdę, rozprostuję kości. Trochę się tu zasiedziałem.
— Kości… Słuchaj, Franz, jak długo dokładnie?
— Ostatnia data, którą mam w pamięci to lato 24go. Teraz trochę czuć zimą. Kilka miesięcy więc. Mam kilka pomysłów na opowiadania, byłoby miło coś w końcu opublikować.
— W zasadzie zasiedziałeś się tu na tyle długo, że już spora część, a w zasadzie wszystko, nawet to niedokończone, zostało wydane.
— Naprawdę? Jakim cudem?
— Chyba nie było innej drogi dla kogoś, kto uważał, że „jest literaturą i nie może, nie chce być niczym innym”?
— Wydaje się, że rzeczywiście znasz mnie dobrze.
— Nie chcę cię stresować, ale czy mogłabym cię dotknąć? — zaryzykowałam. W końcu miałam przed sobą nieżyjącego Franza Kafkę, który prezentował się w całkiem dobrej formie. Kto by nie chciał dotknąć?
Nie odpowiedział od razu, zdawał się zaskoczony pytaniem. Mruczał coś pod nosem, zaczął przebierać nerwowo palcami. Chwyciłam delikatnie jego ramię. Było bardzo… żywe. Na tyle, na ile ramię Franza Kafki kiedykolwiek mogło być silne i zdrowe. Odskoczył.
— Przepraszam, musiałam coś sprawdzić. Jestem bardzo zaskoczona. W zasadzie nie mam pojęcia co ja tutaj robię, z tobą, z jednym z najlepszych pisarzy świata.
— Proszę nie płakać. Mnie również było miło. Nie spodziewałem się nikogo dziś spotkać. Cóż, muszę już iść.
— Ale dokąd? Dokąd się idzie w twoim stanie?
— W moim stanie?
— Wiele rzeczy się zmieniło, Franz. I wiele lat minęło od daty, którą podałeś. Jest istotnie zima, ale… 2020 roku.
Franz zbladł jeszcze bardziej. Podparł się ręką o sklepienie pupy. Widziałam tysiące pytań, które przebiegały w jego umyśle.
— Który rok? Przecież to prawie sto lat… Nikt tak długo nie żyje. A już na pewno ja bym nie mógł. Kim ty jesteś? Duchem z przyszłości?
— E tam, duchem. Chciałabym. Niestety, jestem tylko człowiekiem. S. mam na imię. I sama nie wiem, co się teraz dzieje. Ale wiesz, zawsze chciałam się z tobą napić.
Franz zgodził się niemal od razu. Od momentu, gdy sobie uświadomił, że niczym nie ryzykuje, otworzył się znacznie. Przeklinał razem ze mną zatłoczony Most Karola, przeciskając się między ludźmi pokazywał mi miejsca z dzieciństwa i młodości: dom na Radnice 5, gdzie się urodził, Złotą Uliczkę 22, gdzie mieszkał z siostrą przez rok. Zjedliśmy dobry lunch w Cafe Louvre, pełne jeszcze dysput filozoficznych z tamtych czasów. Ja natomiast pokazałam mu muzeum jego imienia, liczne rzeźby rozsiane po całej Pradze, co go dziwiło i śmieszyło jednocześnie. Postanowiliśmy pić jedno piwo w każdym z napotkanych barów. „To takie pub crawl”, wyjaśniłam. On wzruszył ramionami i odpowiedział, że jednak nic się nie zmieniło.

Trafiliśmy do lokalu o oryginalnej nazwie Lokal, w którym, żeby dostać stolik trzeba było wpisać się na listę oczekujących. Potem trafiliśmy do Batalion Comics Bar, gdzie Franz zastanawiał się nad sensem popkultury. To samo miało miejsce w jadłodajni James Dean. Kozlovna U Paukerta zaserwowała nam cudownie zimne czarne piwo Kozel, Hemingway Bar — idealnie zrobione drinki. Po drodze były jeszcze Black Angel’s Bar, Anonymous Bar. W końcu, zadowoleni z dotychczas spędzonego czasu, trafiliśmy do Hangaru. Mieliśmy tam zostać tylko na jeden Old Fashoned i pójść do Pub Praha 1, ale bieg wypadków kazał nam zmienić plany.

Siedzieliśmy przy stoliku z widokiem na bar. W pewnym momencie usłyszeliśmy jak grupka Amerykanów miała pretensje do barmana. W akcie wsparcia podnieśliśmy nasze kieliszki w kierunku baru i życzyliśmy zdrowia. Barmana to bardzo ucieszyło. Młody, pełen tatuaży chłopak w stroju pilota, podbiegł do nas z uśmiechem na ustach. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego jeszcze nikt do tej pory nie rozpoznał Franza. Cóż, widocznie trudniej jest docenić to, co jawi się przed oczami.
— Cieszę się, że wam smakuje. Jeśli chcecie, mogę wam zrobić kolejne, z dodatkiem innych smaków — wiśni, brzoskwini, wanilii, kawy. Jaki tylko chcecie. A jeśli polubicie naszą stronę w mediach społecznościowych i napiszecie coś miłego o mnie, to zrobię wam darmowe szoty.

Zgodziliśmy się, oczywiście. Franz nie był już zdziwiony opcjami telefonu komórkowego. Nie był jednak przekonany co do komunikacji między ludźmi za jego pośrednictwem. Barman po kilku chwilach przyszedł z pięcioma kieliszkami. Nam dał po dwa, sam wziął jeden i się napił. Wspomniał też, że jeśli chcemy dać mu napiwek, to najlepsza byłaby gotówka. Wtedy pieniądze trafią bezpośrednio do niego i nie będzie musiał się dzielić z innymi. Wszak to on i tylko on był odpowiedzialny za nasze trunki. Gdy przyszedł czas zapłaty rachunku, Franz pochylił się nad nim i się zamyślił. To zdenerwowało dotychczas przyjaźnie nastawionego barmana.
— Nie wierzycie mi! Ja mogłem policzyć o wiele więcej! Cukier (nie było w drinku cukru) i dodatki! I dałem wam szoty. A on ma taki wyraz twarzy! Nie wierzy mi!
Próbowałam go uspokoić. Na darmo. W pewnym momencie miałam wrażenie, że pocieszam zdenerwowane dziecko, które nie dostało zabawki. Wybuchł tym bardziej, gdy wyjęłam kartę kredytową.
— Mówiłem, co macie zrobić! Ale jak sobie chcecie! Ja chciałem dobrze.
Trochę żałuję, że mimo tych krzyków dałam mu napiwek. I że w ogóle próbowałam go uspokoić. Mogłam zapłacić i zabrać Franza w inne miejsce. Ale wszystko potoczyło się inaczej i gdy wróciłam do stolika, Kafki już nie było. Widocznie miał za dużo człowieka jak na jeden powrót do żywych.
 

Teneryfa

Kilka lat temu dostałam latem 3 tygodnie wolnego. Taka okazja nie zdarza się często, więc postanowiłam pognać w świat. W przeciągu trzech tygodni byłam w Oslo, Krakowie, Wilnie, Pradze i później miałam odwiedzić znajomego E. na Wyspach Kanaryjskich. W ciągu tego czasu poznałam wielu ciekawych ludzi, próbowałam lokalnych alkoholi i obżerałam się jak świnia. Wszystko szło gładko i przyjemnie, chociaż w zabójczym tempie.

Gdy przyleciałam na gorące Wyspy byłam podekscytowana. Po raz pierwszy miałam spotkać chłopaka mojego znajomego, J. Odebrali mnie z lotniska. J. okazał się bardzo postawnym Norwegiem o pozornie szorstkim usposobieniu, przecinającym powietrze ostrymi, sarkastycznymi uwagami. Swój człowiek. Jego twarz zdążyła się już znacznie zaczerwienić, zostawiając białą jedynie skórę wokół oczu. Jego płowe włosy stanowiły silny kontrast. Wyglądał jak czerwony Trump.
E. natomiast to zawsze szczęśliwy, chudziutki jak patyczek Hiszpan, psycholog o brzydkim zapachu z ust.

Wulkaniczna wyspa buzuje gorącem nie tylko pod powierzchnią. Pierwszym punktem na liście była wizyta u babci E. Tradycyjny kanaryjski domek z ogródkiem przywitał nas przyjaźnie. Wywieszone wewnątrz portrety Jezusa i Maryi spoglądały na mnie podejrzliwie, jednak gospodarze byli niezwykle uprzejmi, uśmiechali się bez przerwy, zdając sobie sprawę, że to będzie jedyny sposób komunikacji między nami przez najbliższy czas. Kanaryjska gościnność przypomina polską — na stole pojawiło się mnóstwo jedzenia i picia. Zjawili się również kuzyni i znajomi.

E., J. I ja wpięliśmy się na wygięty w łuk taras, będący jednocześnie dachem domu. W zasadzie łatwo było przewidzieć, co będziemy robić dalej. Wieczorem miał się odbyć jakiś ważny mecz futbolowy i trzeba było poznać się lepiej. J. okazał się twardym zawodnikiem. Już w pierwszym barze, w którym mieliśmy śledzić sportowe poczynania, zaczął zamawiać podwójne piwa. Nie mogłam być gorsza. Piliśmy szybciej niż PiS zamyka miejsca kultury. Po około 30 minutach we dwoje (E. nie pił, zdecydował się dopiero później) połknęliśmy trzy litry piwa. A był to dopiero początek. Domówiłam szoty, bo przecież nie może być inaczej. Zmienialiśmy lokale często. Rozmowy zaczęły być coraz bardziej ciekawe. J. Miał około 40 lat i życie doświadczyło go wymuszonym narzeczeństwem z kobietą. Coś, do czego E. podchodzi bardzo emocjonalnie a J. obojętnie. Dla mnie było to jedno z niewielu źródeł mogących beznamiętnie opowiadać o różnicach w intymności z kobietą i mężczyzną.

Noc niebezpiecznie się wydłużała. Czułam się dobrze, przyjemnie pijana, ale wciąż miałam kontrolę. Poszliśmy do baru na nabrzeżu. Mieli dużo dobrego piwa. Pech chciał, że z radością oddałam się w ręce kelnerki, mówiąc, że chcę szota. Wróciła z tęczowym, wielowarstwowym alkoholem. Wyglądało na to, że w jednym kieliszku był: Jagermeister, Kalua, wódka, absynt i Cointreau. Katastrofa w jednym łyku. J. wypił bez mrugnięcia okiem. Ja poszłam w jego ślady, ale gdy tylko mój organizm zorientował się, co mu zrobiłam, przebiegł mnie dreszcz obrzydzenia. W sekundę świat zawirował i objawił się w najczarniejszych barwach. Wstrząsnęła mną druga fala okropności — nie wiem, czy ze względu na pamięć o najgorszej kombinacji alkoholi ever czy ciało buntowało się w dalszym ciągu. Pora była późna, idealna na powrót.
Wsiedliśmy w mały samochodzik E., który miał nas zawieźć do rodzinnego domu. W pewnym momencie kazałam zatrzymać pojazd. Nie mogłam dłużej pertraktować z potrzebą pozbycia się okropnego dninka z organizmu. E. się zatrzymał, otworzyłam drzwi i nawet nie wychodząc z samochodu zaczęłam wymiotować, za tło mając czarny ocean. Pomyślałam sobie, że jak rzygać, to w pięknych okolicznościach przyrody. Zamknęłam drzwi i chwilę później oczy.

Obudziłam się nagle i na swoje nieszczęście. Świat nadal wirował a ciało było na mnie obrażone. Nie rozpoznałam pomieszczenia, w którym leżałam (dogorywałam raczej). Był to dziecięcy pokój, dłuższy niż szerszy, zagracony różnymi przedmiotami. Zupełnie nie wiedziałam, gdzie jestem. Tempo przemieszczania się w ostatnich tygodniach mściło się w tym momencie. „Gdzie ja, kurwa, jestem?” powiedziałam na głos, podnosząc się z trudem z małego łóżka. Mój język był suchy jak wiór. Podpełzłam do drzwi, nasłuchując. Miałam nadzieję usłyszeć jakiś znany głos, bo naprawdę nie miałam pojęcia co i gdzie robię. Pustka. Ciemność. Ostrożnie otworzyłam drzwi i nieznajomość kolejnej przestrzeni jeszcze bardziej mnie przeraziła. Cofnęłam się i chwiejnym krokiem podeszłam do okna. Palmy, kurwa! Gdzie do diabła są palmy, poza warszawskim rondem. Ale nie jestem w Polsce. Nie jestem w moim mieszkaniu w Oslo. Budownictwo wskazuje na Bliski Wschód. Turcja? Co ja robię w Turcji? Porwali mnie. „Kurwa” mruczę pod nosem, pocierając skronie „Jeśli na narządy, to się zdziwią”.

Księżyc świeci jasno, śmieje się ze mnie. Ja w zasadzie chcę się z siebie śmiać. Nie mam kontroli nad pamięcią. Postanawiam rozejrzeć się po pokoju, może znajdę jakieś wskazówki. Ktoś, kto tu mieszka jest zbieraczem. Wszędzie rozrzucone były papierki, zabawki, jakieś laurki. Nic, co miałoby imię. Ja, zamknięta w kiczowatym pokoju dziecięcym — koszmar. Ściany były pokryte tapetą w kolorowe ludziki, ubrania piętrzyły się na każdym krześle. Nie było książek, co od razu odebrałam za zły znak. Prawdziwy dom ma mnóstwo książek i butelek whiskey. Nad biurkiem zawieszona była tablica korkowa. Z każdą sekundą moje ruchy w przetrząsaniu gór papierów były coraz bardziej nerwowe i niecierpliwe. Spojrzałam na tablicę. Za bezimiennym dyplomem przyczepionym pineską wychylało coś coś, co przypominało zdjęcie. Przyjrzałam się mu. Były na nim trzy osoby — dwie dziewczyny i chłopak. Wszyscy bardzo młodzi, w ubraniach z lat 80. W młodziaku było coś znajomego. Miałam wrażenie, że gapię się na to zdjęcie godzinę. Ten uśmiech… Ten uśmiech…

Nagle uświadomiłam sobie, gdzie jestem. Teneryfa! Oczywiście! Uderzyłam się dłonią w czoło, czego pożałowałam bardzo szybko. Położyłam się, w nadziei, ze kac zniknie po przebudzeniu. Ale rano nadal mi towarzyszył, razem z tryumfującym spojrzeniem J. I przyjaznym uśmiechem E., który kilka godzin wcześniej uratował mnie przed kompletnym szaleństwem.

…………………………………..
Sandra Iwona Szaja — studiowała wiedzę o teatrze, filologię turecką i polonistykę ze specjalizacją antropologiczno-kulturową na Uniwersytecie Jagiellońskim, następnie związana z Uniwersytetem w Oslo. Przez wiele lat współpracowała z festiwalem teatralnym Reminiscencje Teatralne w Krakowie oraz magazynem e-Splot. Literatura jest najważniejszą częścią jej życia — po przygodzie z dramatami i poezją, postanowiła skupić się na prozie. Jej pierwsze opowiadanie, „Dieta”, zostało wyróżnione przez Biuro Literackie. Publikowała w „Twórczości” oraz „eleWatorze”. Uwielbia karmić swoją nomadyczną i niespokojną duszę częstymi podróżami.
Na zdjęciu na stronie głównej: Sandra Iwona Szaja, żródło: materiały prywatne.
19.03.2021

SANDRA IWONA SZAJA Amsterdam [proza]
5 votes, 4.50 avg. rating (90% score)

..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter | przekaż wsparcie
[25] Komentarze
  1. Lekkie i zabawne historyjki, dobrze napisane. Mnie bardziej od alkoholu zaintrygowały opowiedziane przygody i rozmowy. Pomyślałem sobie, że codzienne sytuacje mogą zawsze zostać odczytane w niezwykły sposób. Tylko trzeba odpowiednio patrzeć. To autorka robi bardzo dobrze. Podoba mi się ten styl. Alkohol i podróże stanowią jedynie tło, które spaja wszystkie historie. Ja bym chętnie wyjechał z główną bohaterką :)

        • Joa:

          Rozumiem Cie bo w tych opowiadaniach jest coś zmysłowego. Widać, że Autorka nie obawia się nawiązywać kontaktów z mężczyznami. Myślę, że rozumie facetów i lubi z nimi spędzac czas.

          • Lolman:

            To prawda :) Umie z, wydawać by się mogło, zwyczajnej sytuacji zbudować całą historię. Potrafi obserwować otaczający świat i nieźle to opisać. Widać lekkość pióra. Ale też duże poczucie humoru i dystans do siebie. Taka mieszanka jest bardzo kusząca ;)

            • Artystki/pisarki takie bywają. Mają fantazję w DNA więc umysł podpowiada im różne scenariusze.

              “Nie było książek, co od razu odebrałam za zły znak.”

              Sandra szybuje wysoko. Jak orzeł/orlica

  2. Odnoszę nieodparte wrażenie, że dla podmiotu lirycznego w tych opowiadaniach najważniejszą rzeczą pod słońcem jest…. spożywanie alkoholu we wszystkich postaciach i odmianach

      • “To nie jest wiersz”

        ……………..

        Faktycznie. Założyłem okulary i teraz widać dokładnie, że to nie jest wiersz. Wielbłąd to też nie jest. Jestem trzeżwy

        • W komentarzu powyżej Ola stwierdziła, że „podmiot liryczny” lubi sobie wypić. Widocznie nie założyła okularów i nie zauważyła, że nie mamy do czynienia z liryką…

        • W jaki sposób użycie terminu „podmiot liryczny” w tym przypadku miało być sarkastyczne?
          I nie, nie mam zamiaru czepiać się nikogo. Odpowiedziałem jedynie na Twój zgryźliwy komentarz.

          • Avi

            …….

            Sarkastyczno-humorystyczny bo porównała opowiadanie do poezji – świadomie – bo nie sądzę żeby ktos tutaj nie znał różnicy między poezją a prozą.

            Jesli ulicą jedzie auto, a ktoś mówi – o ale fajna furmanka jedzie, to znaczy, że mu to auto przypomina furmanke z jakiegos powodu.

          • Avi:

            Ola byla ciekawa czy Autorka pisala to opowiadanie na podstawie swoich konkretnych przyżyć. Może sama nie pije alkoholu w tak duzych ilościach. Uzyła słowa “podmiot liryczny” bo ma poczucie humoru i może pisać co jej sie podoba. Nie chciala być obcesowa tylko delikatna żeby Autorki nie urazic tekstem — to pani naprawde tak duże pije?

            Mam nadzieje, że to wyjasnienie Cie zadowala i zakonczymy ten wątek

            • Szedłem zupełnie innym tropem. Zazwyczaj nie czytam tekstów literackich dosłownie, więc może dlatego nie zrozumiałem. Alkoholu jest rzeczywiście dużo, ale mi się to jakoś wpisywało w charakter opowieści. Pomysł z Kafką uważam za bardzo interesujący.

    • Tak, a Jan Himilsbach mówił przecież, że nie rozumie, po co się ludzie tłuką na drugi koniec Polski (w tym przypadku na drugi koniec Europy) – wódki można się przecież napić w domu. O alkoholu dobrze pisało parę osób (Jerofiejew), trochę gorzej też kilka (Pilch), ale to nie jest ten przypadek…

      • po co się ludzie tłuką na drugi koniec Polski (w tym przypadku na drugi koniec Europy) – wódki można się przecież napić w domu.

        ——–

        dobre
        skoro, kolega ma wiedzę dużą to zapytam – oni pisali na trzeźwo?

        • dobre
          skoro kolega ma dużą wiedzę to zapytam – oni pisali na trzeźwo?

          Nie sądzę. Pilch twierdził co prawda, że nigdy nie pisał pod wpływem, ale jest większe grono ludzi, którzy twierdzili, że nie widzieli go trzeźwego. A pisać kiedyś jednak musiał. O Jerofiejewie się nie wypowiadam, bo nie wiem.

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.