Serpentyna dziejów

Świat wyrażania filozoficznych myśli podzielony jest między Norwidów i Cezarów; przedstawiane są albo stylem precyzyjnym, albo zagadkowym; jeden jego biegun, to Hegel, drugi – Vico.

Niekonwencjonalne, odkrywcze powiązanie przeciwieństw pozwoliło mu wybrnąć z pułapek zastawionych przez Przypadek i Fatalizm równocześnie. Jak dla Hegla, tak dla niego, rozum był zakładnikiem logiki, a przypadek i zrządzenie losu nie władały nim.

Jeżeli idee Vico nie zostały zauważone przez jemu współczesnych, a zlekceważone – przez przychodzących po nim, to poglądy Hegla – odwrotnie: choć zbieżne z zapatrywaniami jego poprzednika, do teraz mają płomiennych czcicieli, heroldów i epigonów, do teraz znajdują się w centrum niepowierzchownych zainteresowań, a jego zdanie o historii obdarzonej rozumem i powiedzenie, że wszystko, co jest rzeczywiste, jest rozumne, pobudziło i ośmieliło jego naśladowców, kontynuatorów i reformatorów do tworzenia własnych szkół.

* * *

Giambattista Vico urodził się w 1688 roku w Neapolu. Jego filozoficzne koncepcje powstawały w niesprzyjającej atmosferze mody na zapatrywania Kartezjusza. Kartezjusz dowodził potęgi rozumu, a rozum był dla Vico zgorzkniałym dzieckiem poezji. W pojęciu Kartezjusza rozum był oderwany od ludzkiej historii, a Vico upatrywał w nim napędową siłę społecznych zdarzeń. Wydarzenia miały dla niego sens i wymiar ludzki, zaś dla Kartezjusza działalność człowieka była kierowana przez Opatrzność. Vico twierdził, że świadomości nie można analizować, a Kartezjusz wyrażał przeciwne zdanie.

MAREK JASTRZĄB

Na zdjęciu; Giambattista Vico (1668 – 1744) — włoski filozof, historryk i mówca. Źródło: Wikipedia

W wyniku studiów nad historią, Vico doszedł do wniosku, że jej rozwojowe procesy następują w stałym rytmie i dzielą się na trzy odrębne stopnie, z których każdy jest konsekwencją poprzedniego [była to dla niego Historia Wieczna], a wszystkie one stanowią o wzajemnie uzupełniającym się kształcie rzeczywistości. Te trzy stadia, te trzy formy cywilizacyjnego i kulturowego istnienia człowieka, to pierwotny, pogański, barbarzyński czas dojrzewania Narodów, zalążkowy czas Bogów i Bohaterów nazwany przez niego porą królowania poezji, tworzenia rzeczywistości abstrakcyjnej, robienia dalekosiężnych planów i fantazjowania na ich temat oraz Ludzi – okres zracjonalizowanej powagi, statecznego uzdatniania dotychczasowego życia, dominacji rozumu i filozofii. Wieki Bogów, Herosów i Ludzi miały dla Vico swoją samowystarczalną teraźniejszość i indywidualne symbole; języki i sensy.

Człowiek stale poszukujący, lecz nie za często odnajdujący, podwójny, lecz jednolity, wieloraki, lecz prosty, ezoteryczny, lecz materialny jest dziełem Przyrody. Spirala wzrostu człowieczej świadomości była dla Vico zależna i wyznaczalna poziomem posiadanej przez niego wiedzy. To przez jej mankamenty człowiek nie potrafi przebrnąć, to ona wyznacza ludziom egzystencjalne ograniczenia i wyrządza im poznawczą krzywdę.

Uważał, że świat poprzez ewolucję, poprzez nieustannie powtarzany łańcuch usprawnień i parafraz tworzonych epok [nazywany w jego Nauce Nowej – przezwyciężaniem sprzeczności], nadwątla ich błędy oraz, modyfikując się, nanosi poprawki do swojego dalszego istnienia; razem z przemianami ludzkiego umysłu następuje przemiana społecznej świadomości.

Lecz nie tylko człowiek jest podwójny. Dwoista jest też filozofia: dzieli się na gorącą, emocjonalną, idealną i życzeniową, żywiołową i zgodną z pokładanymi w niej nadziejami i wyobrażeniami, na filozofię, w której przedstawiony jest świat taki, jakim powinien być, i na drugą – filozofię zimnych spostrzeżeń, opartą na faktach, prezentującą świat takim, jaki jest.

I historia ma postać niejednorodną. Jest historia zwykła, potoczna, znana od lat, zakreślająca ludziom ścisłe ramy krótkiego istnienia, historia teoretycznie prawidłowa i utopijnie słuszna, jest też druga, historia właściwa, autentyczna. Dwa odgałęzienia tej samej nauki łącząc się i przenikając, tworzą jednię: Historię Wieczną, osobliwy szablon, konspekt, kanwę dziejów aktywności narodów. Historia Wieczna, zaproponowana ludziom przez Vico, otwierała przed nimi nieskończoność, oferowała im nie znane i ciągle nowe alternatywy, szanse i przygody z życiem. Historia Wieczna, niezmienna w kształtach, lecz różnorodna w treści, to dla Vico odpowiedź na pytanie o moment narodzin człowieka.

Powiązanie dociekań o historii z dociekaniami o sytuacji, roli i sensie bytu człowieka pozwoliło mu wyznaczyć nowy, lecz interesujący trakt, pozwoliło kolejnym filozofom znaleźć się w antropologii historii. Tylko historyczny świat społeczny może być ogarnięty ludzkim rozumem, świat ten bowiem stworzony został przez człowieka i tylko on może go pojąć, gdyż tylko on dysponuje odpowiednim narzędziem do poznawania swojego autentyzmu: ontologią.

Jednak skoro ruch czasu historycznego jest ruchem kolistym, po triumfie poezji zaczyna się epizodyczna, przejściowa, lecz nieuchronna klęska powstała z wynikających z niej rozczarowań. O ile pierwsze dwa etapy historii oznaczają jej wzlot, to ostatni prowadzi do upadku, do starzenia się narodów.

* * *

Zastanawiając się nad prawdziwym wyjaśnieniem powodu istnienia ludzi, doszedł do przekonania, że bez człowieka nie ma historii, a bez historii nie można mówić o człowieku, że historia i człowiek stanowią dla siebie wspólne tło rozumnych działań.

Dzieje człowieka są dla G. Vico recydywą czasu, nauką wynikającą z nieustannych ponowień życia, konkluzją powstałą ze społecznej historii płynącej po zamkniętym obwodzie. Działania człowieka są dla niego wyrazem aktywności ludzkiego rozumu, nie powstają więc w rezultacie decyzji i wyroków boskich.

Historia społeczna, to dla Vico świat natury przeciwstawiony światu przyrody. O ile przyroda jest dziełem Boga, to natura jest wynikiem ludzkiej działalności. O ile przyroda nie może być oceniana w kategoriach człowieczych, to poznanie społecznej natury bytu jest w percepcyjnym zasięgu człowieka.

Wiedza o stworzeniu świata przyrody jest dla ludzi wiedzą niepoznawalną i opartą na domysłach, natomiast wiedza o stworzeniu świata narodów [nazwana przez Vico teologią społeczną] jest wiedzą, choć nieznaną, to zrozumiałą i pewną dla ludzi, wiedzą przewidywalną, wymierną i dostępną, gdyż ścisłą i mądrą jak matematyka.

Zamiary Wszechstwórcy wobec świata przyrody nie podlegają ludzkim ocenom. Ślepy traf, to dla Vico pojęcie chybotliwe i definicyjnie mętne; w jego Wiecznej Historii nie ma miejsca na interpretacyjną dowolność. Zamiary społeczeństw wobec siebie są jasne, a ich przemiany dają się zbadać.

Bergsonowskie przeczucia

Wielopostaciowy, eklektyczny, kundlowaty wiek XX, naniósł do współczesnej filozofii sporą ilość poznawczego mułu: wypośrodkowanych, a z pewnością nie bardzo ze sobą zbieżnych doktryn. Wiek XXI osiągnął jeszcze większy zamęt w rozróżnianiu wartości pojęć. Nastąpiło więc dalsze rozproszenie, co w rezultacie, wydało na świat sforę dzisiejszych profetyków nicości.
Jednakże od starożytnych mędrców czerpiemy do dziś naukę, jak być czynnymi uczestnikami filozoficznych zmagań. Jak być aktywnym świadkiem zachodzących przemian.

MAREK JASTRZĄB Serpentyna dziejów

Na zdjęciu: Henri Bergson (1859-1941) — francuski filozof. W 1927 roku otrzymał nagrodę Nobla. Żródło: Wikipedia

W głównej mierze to im zawdzięczamy dzisiejsze myślenie i bunt przeciwko próbom dokonywania zamachu na zdrowy rozsądek. To dzięki nim jesteśmy obserwatorami rozwoju znaczenia słów takich, jak logika.

* * *

Raz pomyślana i wyartykułowana, nie ginie bez śladu: Augustyn, porywający święty po ludzku, skrajny w wyrażaniu swoich poglądów, niepohamowany i namiętny, znajduje kontynuatora w Bergsonie.

Jak dla Augustyna, tak dla Bergsona, czas był nieprzerwanym i wszechistniejącym strumieniem, a człowieczy byt – jego wieczną teraźniejszością i chwilową doskonałością.
Jak dla Szekspira, tak dla Bergsona, życie nigdy nie było skończone, zamknięte. Była to rozprawa w toku, księga nieprzerwanie otwarta na zadziwienia i ciekawości ludzkim losem.

* * *

Doświadczenia, składające się na osobowość, są w stanie ciągłego przenikania się i wrzenia. Dobre i złe, łącząc się, porządkując i uzupełniając się nawzajem, tworzą podstawę do podejmowania decyzji, działania, ruchu. Frazes: życie było dla Bergsona znajdowaniem odpowiedzi na fundamentalne pytanie o sens istnienia; życie było dla niego poruszaniem się ośnieżonej kuli ogarniętej przez lawinę, kuli toczącej się po równi pochyłej i w miarę pokonywania przestrzeni – obrastającej w śnieg. Lawina, to galopada rozedrganych wydarzeń, a śnieg, to konkluzja z nich.

Ten wojujący przeciwnik sekciarstwa, w doktrynach wyrażał pogląd, że dotychczasowe hipotezy są li tylko sezonowymi przeświadczeniami, są niemal zręcznym, prawie znakomitym opisaniem realiów miotających ludzkim istnieniem, hipotetyczną strawą duchową przyrządzoną przez ułomną inteligencję.

Henryk Bergson, zagorzały intuicjonista, zwolennik twórczej ewolucji, miłośnik rozumowania pozarozumowego, wyznawca i przewodnik po idei uczuciowego poznawania rzeczywistości, krzewiciel nieustającego, nieprzerwanie dynamicznego oddziaływania na siebie zjawisk, nonkonformistyczny mędrzec, dla którego nową regułą była walka z regułami zwietrzałymi, który powiadał, że nasza karykaturalna, wycinkowa wiedza ujawnia się w swoich mirażach, traktował ludzkie istnienie jako nieskończoną fluktuację podskórnych dążeń, jako jednostajnie przyspieszony, cykliczny ruch i wewnętrzną, harmonijną wymianę jednych doświadczeń na inne.

Mówił, że działanie jawne, wyraziste, społecznie aprobowane, jest zawsze fragmentaryczne, szczątkowe, okaleczone i zmasakrowane. Zniszczone poprzez dyskursywne sito, poprzez hamulcowy aparat nazywany intelektem. Jest konsekwencją i wypadkową mózgowej cenzury blokującej całkowite zrozumienie Natomiast poczynania – na pierwszy rzut oka – dwuznaczne i zaskakujące, nieoczekiwane i niewytłumaczalne, nierozpoznawalne i osobliwe, uzasadniał INTUICJĄ.

Według Bergsona, umysł zniekształca i zawęża i tak szczątkowe rozumienie rzeczywistości. Intelekt nie tylko ją zubaża, ale pomniejszając ją, nakazuje nam wierzyć w nią i widzieć – w jej ulotnościach, frakcjach, skrótach i migawkowych blikach – kompletny kształt; przypatrując się jej części, wyrokujemy o jej całokształcie.

Uważał, że faktyczne poznanie otaczającego świata nie może odbywać się na drodze intelektualnej. Postrzeganie to kontrowersyjny obraz narzucony zmysłom poprzez podobieństwo skojarzeń i ułomną skłonność do uproszczeń. To wariant prawdy o świecie, lecz prawdy ledwie zarysowanej, bo przykrojonej do obiegowych pojęć i ogólnoludzkich zachowań.

Twierdził, że nasz doczesny, ziemski padół, świat powierzchniowy, zdefasonowany futerał na niedomówienia, ma obrzęki wywołane fałszem: kierowany jest bezkrytyczną wiarą w rozum.

Wychodził z założenia, że buduje się obraz realnego świata w zależności od dostępnych faktów, że mechanizmy człowieczego samopoznania zależne są od liczby przetworzonych informacji, a ich emisja do ludzkiej psychiki odcedzona jest z istotnych danych przez rozumowy przetak, który, badając świat za pomocą własnych ograniczeń, spłyca i deformuje faktyczny kształt rzeczywistości.

Mózg, posługując się sloganami, kliszami, rutyną, działa niczym Peeperkorn z powieści „Czarodziejska Góra”: wypowiada zdania niedokończone i mało precyzyjne w nadziei, że rozmówca uzupełni je własnym schematem i zgodnie ze swoimi upodobaniami, intuicja natomiast proponuje nam interpretacyjny chaos rzeczywistości.

Dopiero intuicja (nazywana przezeń – uświadomionym instynktem) poszerza ją, rejestruje wszystkie doznania bez wyjątków i przedstawia je mózgowi niejako na brudno, w miarę ich napływania; zgodnie z życzeniową rzeczywistością, nie selekcjonuje ich i nie upiększa korektą. Natomiast mózg przetwarza ją, dostosowując jej istotny sens do naszego gustu i naszych myślowych matryc.

Dopiero intuicja gromadzi zamierzenia, kumuluje nasze wewnętrzne racje i stanowiska, a uzewnętrzniając je za pośrednictwem naszych indywidualnych pragnień, każe nam działać podświadomie, instynktownie. Przy czym działania te są dopasowane do naszych stereotypowych wyobrażeń. Niestety, są one zepchnięte do podświadomości jako zbędne, wyretuszowane z sensu i stworzone przez omylny rozum.

* * *

Dowodził, że przeczucie jest instrumentem badawczym, dokonującym właściwej i wystarczającej oceny obrazu naszej niezafałszowanej rzeczywistości, że zmysły, do których przywiązuje się nadmierną wagę, są w istocie pętlą skutecznie zaciskającą się na hipotezach i blokującą ludzki rozwój, że zmysły, jako narzędzia zależne i nieoddzielne od intelektu, badają, analizują i dokonują powierzchownej analizy cząstkowych zjawisk i na tak wątłej podstawie konstruują uogólnione wnioski [nawyki decydują o sposobach interpretacji poszczególnych zjawisk: widzimy za pośrednictwem powtarzalności przyzwyczajeń].
Zmysłowe poznanie było przez niego traktowane jako błąd usankcjonowany ślepym, nadmiernym i bezpodstawnym zaufaniem do rzetelności i trafności badawczych narzędzi.

Upiększanie realizmu

Zacznę od Kongresu futurologicznego autorstwa Stanisława Lema, opowiadania pochodzącego z tomu o tytule Bezsenność; napisane w latach siedemdziesiątych poprzedniego wieku, w epoce oczekiwania na lepsze czasy, aktualne jest i w tym stuleciu. Choć napisane w sposób prześmiewczy, nie jest to śmiech bezrefleksyjny. Jest utworem nietuzinkowym, bo zachwycającym odkrywczością językowych sformułowań; to arcydzieło warsztatowej sprawności, które stanowi ostrzegawczy komentarz do horroru dzisiejszego czasu. Przestrogę przed upiększaniem niewygodnych realiów świata. Przed procederem zastępowania prawdy o nim za pomocą fałszu.

MAREK JASTRZĄB

Na zdjęciu: Stanisław Lem (1921-2006) — wybitny polski pisarz sf, filozof, futurolog. Źródło: Wikipedia

Równie dobrze mógłbym rozpocząć od innych książek ulubionego autora. Zresztą nie tylko mojego, bo wielbicieli kunsztu Stanisława Lema liczy się w milionach; nakłady jego przetłumaczonych dzieł biją rekordy popularności.

Wydawałoby się więc, że za ich znajomością podąża lekturowa percepcja. Niestety; za często coś się nam tylko wydaje: to, że Lem jest czytany i nadal podziwiany, nie oznacza, że jest dogłębnie rozumiany. A zwłaszcza, że wyciąga się z jego tekstów jakieś sensowne przestrogi. Przeciwnie: czyta nader powierzchownie. Powiedziałbym nawet, że nie tyle czyta, co wertuje od niechcenia. Pilnie wyławia się kawałki popychające akcję, starannie wydobywa z fabularnych trzewi co rzadsze lub co zabawniejsze miejsca, a skwapliwie pomija części ciężkostrawne w odbiorze. Treści zmuszające adresata do wysiłku. Do niewdzięcznej pracy nad samodzielnym wyciąganiem wniosków z lektury.

Był w moim życiu podobny epizod: pasjami czytałem fragmenty z dialogami, natomiast ochoczo pomijałem nudne i marudne, gęste i usypiające partie z opisem przyrody. Ale ta pryszczata przypadłość opuściła mnie razem z mlecznymi zębami i teraz mam ochotę na degustację całości. Na poznanie powodu, dla którego książka została napisana: ciekawią mnie myśli zaklęte w jej przesłaniach.

Frapują mnie też jego dzieła popularyzujące naukowe podejścia do przyszłości. Filozoficzne rozmowy z adresatem. A także skonfrontowanie jego utworów z lekturami innych literatów. Jednak nie mogę się ich doszukać.

* * *

Pierwszoplanowym herosem jest Człowiek, podróżnik po planetarnych wertepach – Ijon Tichy, drugim – wszechobecna chemia w roli wybawicielki od katastrof, masowe stosowanie halucynogenów, zastępników, retuszowców i zagłuszaczy smrodu, ekumeniczne pigularstwo stosowane na szeroką skalę. Wszystko to razem wzięte i podniesione do entej potęgi, było uniwersalną odpowiedzią na demograficzny kataklizm, było jedyną w swoim rodzaju receptą na nieuchronną, ogólnoludzką zapaść: chemia w społeczeństwie przyszłości wpływała na każdą dziedzinę ludzkiego życia – sterowała nim i decydowała o kształcie podejmowanych działań.

Bohater przebywa w krainie uszminkowanej szczęśliwości. Nie ma wojen, ludzie są wobec siebie uprzedzająco grzeczni, żyje się wielokrotnie, dzieci uczą się czytania i pisania poprzez zażywanie ortograficznych syropów, prognozę pogody ustala się z miesięcznym wyprzedzeniem i w drodze głosowania, nie trzeba chodzić do szkoły, bo wiedzę zdobywa się doustnie: zażywając płyn z odpowiednim podręcznikiem. Lecz za efekt zbyt chciwego przyswajania uczoności, trzeba zapłacić braniem środków na przeczyszczenie wyobraźni, gdyż ubocznym skutkiem zażywania wizji jest posiadanie fizycznych defektów. Np. rozedmy płuc, łuszczycy, świerzbnicy i dorodnego ogona.

Opisywany przez Lema świat składa się z przesłon maskujących faktyczny widok rzeczywistości. Miraży poukładanych w piętrowe warstwy, które mieszając się, łączą nawzajem, a jedna stanowi podszewkę drugiej. Żadna z nich jednak nie jest ostateczna, bo za każdą spodziewać się można następnej.

Ijon Tichy, który znalazł się w nim w wyniku zaproszenia na kongres futurologiczny, gubi się w domysłach, plącze w przypuszczeniach, sam sobie zadaje pytania o to, gdzie jest na pewno i czego doświadcza naprawdę. A natykając się na egzystencjalne zagadki, udziela sobie odpowiedzi, że nie wie niczego konkretnego. I, tęskniąc za utraconą przeszłością, nieprzerwanie zastanawia się dokąd zmierza ten przyszłościowy świat.

W jego nowym otoczeniu trwał ciągły proces zmian: ewolucyjne i rewolucyjne wrzenie, powtarzająca się modyfikacja ulepszeń, nieustanne wzbogacanie, udoskonalanie, przeróbka kształtów świata rzeczywistego i dopasowanie ich do stale pogarszających się wymogów chwili. Tak zmoderowane realia były iluzoryczne, bez przerwy kreowane od nowa, istniały jako rezultaty urojonych zrządzeń losu i odległe pogłosy fikcyjnej rzeczywistości.

Była to utopia. Niewykonalna, stworzona w oparciu o mylne założenia. Było to ulizane piękno, które w swojej ukrytej istocie stanowiło przerdzewiałą konstrukcję, wedutę nasyconą dychawicznym narodem. Bo prawda była taka, że w tym świecie panowały gigantyczne biedy i monstrualne przeludnienia. Nagminnie występowały aprowizacyjne braki, szwankowały materiałowe fabryki, a produkcja czegokolwiek znajdowała się w stanie agonalnym. Wyjściem był kamuflaż, imitacja i udawanie, że istnieje to, czego nie ma. A zatem nie ma bezliku wszelakiego dostatku i masowego szczęścia.

Życie bez zmartwień było więc iluzją: zamierzona konstrukcja okazuje się konglomeratem niepożądanych zjawisk, samobójczą próbą zaradzenia przeludnieniu, rozpaczliwym spektaklem poronionych usiłowań, festiwalem zmarnowanych szans i odwieczną ilustracją konfliktu praktyki z idealistycznymi założeniami; stworzona rzeczywistość była zlepkiem sterowanych wymówek, monstrualną manipulacją, mętnym usprawiedliwieniem, sofistycznym tłumaczeniem porażek przekuwanych w sukces.

W istocie ten idylliczny krajobraz był owocem psychotropów. Rezultatem zażywania proszków, mikstur, legumin i aerozolowych specyfików rozpylanych w zatrutej atmosferze.

W świecie tym zamiast rozwiązywania problemów, aplikowano ludziom różnorodne mikstury wywołujące w nich odpowiedni nastrój; lokowano w powietrzu odpowiedni specyfik, by zamiast społecznej rewolucji wybuchł opętańczy entuzjazm.

Ów świat miał postać upiorną, a pętający się po nim ludzie nie byli grzeczni i przyjemni w obyciu. Nie żyli w luksusach i dobrobytach, tylko w zamaskowanym ubóstwie. Na skutek przewlekłej wegetacji i w efekcie częstego zmartwychwstawania na życzenie, ich fizyczny wizerunek przypominał szpetny magazyn liszajów i odprysków nadgniłego ciała. Lecz ten wygląd zroszony był chemikaliami, zapachowymi ulepszaczami cuchnących i rozkładających się ciał, rozkosznymi woniami dającymi złudzenie bycia w środku sielankowego konterfektu.

Terytorium stworzone przez pisarza przenosi adresata do sztucznej krainy miraży; zamiast miejsca do elizejskiego życia, postacie otrzymują farmaceutyczne złudzenia: nie są to zadowolone sylwetki przechadzające się ulicami wykwintnych metropolii, wysportowane, tryskające zdrowiem i opalone postacie, lecz sapiące, zgrzybiałe i zatęchłe futerały ludzkie, charłacze zjawy galopujące w atrapach nowoczesnych samochodów, marionetki składające się z protez, pasów przepuklinowych i ortopedycznych wihajstrów.

Przedstawianie ruin jako enklawy powszechnej szczęśliwości było fikcją, lecz fikcją zamierzoną. Prowokowaną rozpadem świata i miłosierdziem wobec ludzi. Źle pojęty humanitaryzm nakazywał zatajać przed mieszkańcami wiadomości o niezmyślonej liczbie ludzi i o rychłej, a nieuniknionej zagładzie planety.

* * *

Fantastyka, to dla niego dekoracja: kosmos jest na Ziemi. Dlatego książki autora Cyberiady sprowadzają nas na ziemię; na pierwszym miejscu nie są więc ciała niebieskie, próżnia i gwiezdne pejzaże, ale bliźni zmuszeni do nierównej walki z Naturą; nie buńczuczny zuch, zwycięska i pyszałkowata figurka wyrwana z komiksu, jest dla niego źródłem zainteresowania, tylko zwykły człek w przeciętnym opakowaniu: niejednokrotnie groteskowy, częstokroć doskonały inaczej, lecz zwykle górujący inteligencją nad elektronicznymi fetyszami; na przykład w niezapomnianym Solaris lub w utworze Eden godzi się na porażkę człowieczego rozumu. Świadomie rezygnuje z walki z Niepokonaną Naturą i uznaje ograniczenia ludzkiej wiedzy.

* * *

Myślę tu o pisarzach zajmujących się przyszłością jako konsekwencją teraźniejszości. Przeważnie są to epigoni, kopiści zdolni do powtarzania nośnych wątków, niezdolni natomiast wyjść poza już zastosowane i stale te same, schematyczne wątki, standardowe rozwiązania, zapożyczone od mistrzów obrazki z wrogimi obcymi, portrety złych i dobrych czarodziejów, stworków z laserowymi mieczami, natłoki galaktycznych wojen o pietruszkę, chaos i kolejną degenerację; współcześni fantaści zadowalają się kostiumem, a homo sapiens, to dla nich dodatek do fabuły; kontentują się malowaniem przerażających obrazów z nadciągających bitew pomiędzy astralnymi koboldami.

Brakuje pisarzy – kontynuatorów lemowskich przemyśleń. Naśladowców wyciągających wnioski z np. Summy technologiae, kluczowego, filozoficznego eseju o cywilizacyjnych rozdrożach. Choć wydana w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, nie cieszy się uznaniem tych, co trudnią się pisaniem. Wzięciem naukowo uzasadnionym profetyczną zawartością.

Brakuje, lecz zamiast tego można zaobserwować kłębowisko jego naskórkowych powielatorów, zapominających, że Historia to proces, z którym nie trzeba się godzić. Przeciwnie, należy próbować zmienić jej wpływ na przyszłe wydarzenia. Nie wolno poprzestawać na banalnym stwierdzeniu, iż ma jedynie odzwierciedlać koszmarny stan rzecz, gdyż obowiązkiem futurysty jest wyjść z propozycją zmiany jej kierunku; brakuje pisarzy, których wizja czekającego nas jutra przedstawiona byłaby jako czas zdeterminowany ziemskimi wstrząsami.

* * *

Od czasu genialnego Tolkiena, obecni autorzy nie wyłabudali się z naśladownictwa jego dokonań. To samo rzec można o Lemie. Fantastyka zrezygnowała ze ścisłości wyrażania myśli. Z naukowego podejścia do fabuły. Za to z ekspansywną werwą skupiła się na baśniowych przygodach głupkowatych zjaw. W ten sposób, kosztem logiki i zamiast fantastyki naukowej, na miejsce zarezerwowane dla mądrych, wskoczyła jej populistyczna odnóżka – Fantazy.

…………………………………………..
Marek Jastrząb — felietonista. Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”, drukował w „Odrze”, „Nowym Wyrazie” „Nowej Okolicy Poetów”, Miesięczniku Literackim”, „Faktach”, „Promocjach”, „Przekroju”, „Nowej Gazecie Literackiej”,” Poboczach”, „Kwartalniku Artystycznym” „Akancie”, „Migotaniach”, „Tyglu”, „Gazecie kulturalnej”, „BIK-u, trzech antologiach „Ogrodu ciszy”, w e-tygodniku literacko-artystycznym pisarze.pl, oraz w czasopiśmie ”Nowe Myśli” i prasie lokalnej. Zamieszczał w tych pismach opowiadania, felietony, eseje, recenzje.
15.01.2021

MAREK JASTRZĄB Serpentyna dziejów
2 votes, 4.50 avg. rating (90% score)

..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter | wynajmij redaktora
Jeden komentarz

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.
Obrażliwe wypowiedzi będą usuwane.