Leżał przez chwilę na pochyłym, niezalesionym wzgórzu, wsłuchując się w ledwie słyszalny gwar ludzkich rozmów. Słyszał też bardzo słabe urywki muzyki. Powoli zaczął posuwać się do przodu, przylegając ściśle do ziemi. Wysoko na niebie księżyc niemal w pełni, dobrze oświetlał trawiaste zbocze.
Po przeszło dwóch tygodniach bezgłośnego przemierzania dziewiczej dżungli południowej Wenezueli, zbliżał się do granicy z Kolumbią, za którą czekał jego kontakt, Maria. Miał do załatwienia jeszcze tylko jedną sprawę, jedno zlecenie. Wszystko wskazywało na to, że właśnie znalazł bandę rebeliantów z Gujany, którzy od tygodni zestrzeliwali amerykańskie wahadłowce transportujące sprzęt oraz ludzi, pomiędzy bazami wojskowymi w regionie. Zginęło wielu żołnierzy i cywilów, nie wspominając o nowoczesnej broni i amunicji, która wpadła w ręce rebeliantów.
Doczołgał się do szczytu wzniesienia, pokonując ostatni odcinek bardzo powoli, co chwila nasłuchując. Wyglądnął ostrożnie i zobaczył niewielki obóz z czterema drewnianymi budynkami, jakieś sześćset metrów od swojej pozycji. Wyciągnął grubą, ciemnozieloną lornetkę i przyłożył ją do oczu kierując w stronę zabudowań. Lewym palcem wskazującym nacisnął delikatnie wierzchnią stronę lornetki, która wysłała impuls dokładnie mierzący odległość od skierowanego nań celu. Sześćset czterdzieści dwa metry od pierwszego budynku. Uśmiechnął się do siebie, gdy technologia potwierdziła jego ocenę. Odjął lornetkę od twarzy, lekko cofnął się chowając za wzgórzem. Zdjął powoli plecak i wyciągnął z niego spłaszczony, jajowaty przedmiot. Przesunął coś na nim i dostał się do małego panelu, na którym nacisnął równocześnie dwa przyciski. Panel podświetlił się i mężczyzna wybrał dziesięciocyfrowy kod. Położył przedmiot na ziemi obok siebie, nacisnął jeszcze trzy inne przyciski, jeden po drugim, po czym przedmiot zaczął zmieniać swój kształt. Rozłożył się, wydłużając i wysuwając szerokie skrzydła. Resztę poleceń snajper wydał dronowi z komputera osobistego na swoim nadgarstku. Musiał go tylko podnieść i rzucić tak samo, jak dzieci rzucają samolotem zrobionym z kartki papieru. Dron momentalnie po wyrzuceniu w powietrze ustabilizował lot i bezgłośnie wzbił się na wysokość kilkudziesięciu metrów. Zatoczył duże koło nabierając wysokości i skierował się nad obóz rebeliantów.
Snajper wciąż schowany za wzgórzem, zbierał odczyty z maszyny wiszącej teraz nieruchomo, ponad trzysta metrów na obozem, która dzięki specjalnie profilowanym śmigłom nie wydawała żadnego dźwięku. Ciężko dziś było sobie wyobrazić jakąkolwiek akcję wojskową bez użycia tego gadżetu. Dawał ogromną przewagę stronie ofensywnej, dostarczając wszelkich informacji taktycznych. Bardziej rozbudowane modele, które startowały z pokładów lotniskowców, były wyposażone w urządzenia skanujące grunt do głębokości jednej mili, czujniki termiczne tworzące mapę zlokalizowanych źródeł ciepła a nawet miały możliwość emitowania impulsów elektromagnetycznych. Ostatnia opcja oczywiście oznaczała misję samobójczą dla kosztownego drona. Jednak ilość zniszczeń, jaką mógł wyrządzić w przypadku przedarcia się w pobliże centrum dowodzenia przeciwnika, czyniła tą opcję nie tylko realną, ale i często rozważaną; czasami stosowaną. Dron snajpera był jednak prostym, standardowym wyposażeniem żołnierzy z jego specjalizacją. Maszyna zbierała informacje o kierunku i prędkości wiatru, zrobiła kilka zdjęć terenu w wysokiej rozdzielczości i była punktem odniesienia dla elektronicznego wspomagania celowania, w karabinach snajperskich nowej generacji. LR15K był najnowszą zdobyczą wyposażenia wojskowego, produkowaną na mocy świeżo podpisanych kontraktów. Był bliźniaczo podobny do szwajcarskiego SSG-2000, tylko z niemal dwukrotnie dłuższą lufą.
Mężczyzna zdjął z pleców karabin i powoli podczołgał się z powrotem na szczyt wzniesienia. Osadził lufę karabinu na podpórce, której wysuwane nogi dopasowały się do nierównego gruntu. Ułożył się wygodnie i ustawił w panelu na przegubie tryb maskowania. Cały mundur, wraz z butami i naciągniętym na głowę kapturem, zaczął zaginać promienie światła, dając niewyraźny, zamazany obraz podłużnego, ciemnego pasma, zamiast widoku leżącego żołnierza. Również bardzo przydatna technologia dla snajpera, na tak otwartej pozycji jak jego. Jeżeli rebelianci mieli drony w powietrzu, na pewno nie znajdą go bez czujników termicznych. Tych ostatnich jednak małe maszyny nigdy nie miały.
Przyłożył oko do lunety i zobaczył podświetlony na zielono obraz terenu obok obozowiska. Skorygował i miał w centrum pola widzenia dwa budynki, pomiędzy którymi na drewnianym podeście siedziało przy stole pięciu mężczyzn. Podest był częścią zadaszonej, okrągłej konstrukcji, z balami drewna w równych odstępach na obwodzie, podtrzymującymi spadzisty dach zrobiony z patyków i liści tutejszych drzew. Dookoła rozwieszone były lampy, które rozświetlały nocny mrok dżungli. Lampy te były widoczne z odległości wielu kilometrów, jeżeli podchodziło się z odpowiedniej strony, pomiędzy wzgórzami.
W lunecie mężczyzna cały czas podglądał w prawym, dolnym rogu status celów. Karabin był zintegrowany z wysłanym dronem, dzięki oprogramowaniu obliczającemu trajektorię lotu pocisku. Wystarczyło, że zatrzymał karabin w jednej pozycji i tylko dotknął spustu. W lunecie widział punkt trafienia, z podaną prędkością oraz propozycją korekty ustawienia broni. Obserwował i czekał na właściwy moment.

*****

Pięciu mężczyzn siedziało przy obszernym, podłużnym stole, czworo naprzeciwko siebie, piąty z boku stołu zwrócony do pozostałych frontem. Z wyraźnym zadowoleniem na twarzach zajadali się pieczonym mięsem i pokrojonymi w pasma warzywami. Siedzący u głowy stołu głośno mlaszcząc, rzucił rozbawiony
— Ej, Carlos, twoja senorita wpadnie w furię gdy się dowie, z iloma wieśniaczkami zabawiałeś się w Wenezueli — rechotał, mlaskał, czasami silnie, gardłowo bekał, czym rozbawiał się jeszcze bardziej. Adresat uwagi podniósł zaskoczone oczy znad drewnianego półmiska i przeżuwając rzucił na odczepne
— Pilnuj swojego serpiente Roberto, a mojego zostaw dla senoritas — lekko zarżał i skupił się znowu na pełnym półmisku. Dopiero siedli do kolacji i nie miał ochoty na głupie pogawędki.
Mężczyźni jedli, pili i okazjonalnie rzucali do siebie mniej lub bardziej wybredne uwagi, przez prawie pół godziny. Po zakończonym posiłku, odbył się koncert uwalniania powietrza z organizmów, oboma końcami układu pokarmowego. Wszyscy mężczyźni byli z niego wyraźnie zadowoleni, reagując entuzjastycznie na każdy, kolejny odgłos ludzkiej fizjologii w trakcie intensywnej pracy. Po znacznym spadku częstotliwości uwalniania gazów, uwaga żołnierzy przerzuciła się na bardziej poważne tematy.
— Zgodnie z informacjami od naszego człowieka w bazie Greevillage, kursy wahadłowców zostaną zawieszone — mężczyzna siedzący u głowy stołu rzucił na stół zrolowaną mapę, którą pozostali szybko rozwinęli i położyli płasko na środku.
— Rozważają teraz, czy wysyłać trzy grupy wahadłowców dziennie, w eskorcie dwóch myśliwców bojowych.
— Zmarszczył brwi i nachylił się nad stołem.
— Teraz mamy okazję zadać amerykanom silny cios, przejmując ich własne uzbrojenie. Jednym atakiem zdobędziemy więcej, niż w trzech poprzednich zestrzeleniach razem wziętych! — Ostatnie zdanie wykrzyczał entuzjastycznie. Pozostali wtórowali mu, unosząc nad stołem ręce i wykrzykując wojenne hasła, skierowane przeciwko nieproszonemu gościowi ich własnego państwa. Amerykańskie wojsko, a przede wszystkim amerykańskie korporacje eksploatowały niemiłosiernie Gujanę, pod skorumpowanym okiem tamtejszych oficjeli. Żołnierze wyrażali bunt w jedyny, znany sobie sposób; walcząc z wrogiem.
— Najbliższy transport przewidziany jest na jutro rano — mężczyzna popatrzył na trzymany w ręku ekran telefonu komórkowego, po czym dodał:
— O piątej rano, dwadzieścia kilometrów na zachód od naszej pozycji, będzie przelatywać grupa dziesięciu wahadłowców i dwóch myśliwców bojowych.
— Poniósł się powoli z krzesła, opierając wyprostowanymi ramionami o blat stołu.
— Tym razem wykorzystają myśliwce wenezuelskiego wojska! — wypowiadając te słowa purpurowiał na twarzy a na jego czole pojawiła się dużych rozmiarów, pulsująca żyła.
— Ci synowie niegodnych tchórzy będą chronić amerykanów przed nami, swoimi sąsiadami! — krzyczał wpadając w stan bliski szału. Reszta mężczyzn zerwała się na równe nogi i zaczęli krzyczeć do siebie w oburzeniu. Gdy emocje nieco opadły, powrócili na swoje miejsca, wciąż co chwila pokrzykując. Tylko jeden z nich, najbliżej środka stołu, stal wyprostowany patrząc na mapę.

*****

Snajper cały czas obserwując mężczyzn przy stole, starał się wyłapać chociaż część ich rozmowy. Oba drony, które nosił przy sobie były już mocno sfatygowane, po niemal półrocznej służbie i dziesiątkach misji w tej części świata. To było jego ostatnie zadanie przed powrotem do kraju. W słuchawce wetkniętej w ucho słyszał tylko urywki zdań w języku angielskim. Reszta była szumem, łamanym co jakiś czas trzeszczeniem. W pewnym momencie usłyszał urywek „Zgodnie z informacjami…”, po czym ze słuchawki wydobył się trzask, szum a następnie słowo „zawieszone”. Później był już tylko szum. Nasłuch przestał działać zupełnie.
Mężczyzna leżał przez moment zamyślony, z głową pochyloną, oderwaną od snajperskiej lunety. Wiedział o zmianie zasad lotów wahadłowców i zaczął zdawać sobie sprawę, że rebelianci mogą współpracować z kimś w jednej z amerykańskich baz wojskowych. Nikt nie wiedział o tej zmianie, poza bezpośrednio zaangażowanym personelem. To tłumaczyłoby zaskakującą skuteczność i precyzyjność ich ataków. Postanowił zameldować to podejrzenie swojemu przełożonemu najszybciej, jak to tylko będzie możliwe. Teraz jednak musiał skupić się na eliminacji celów.
Przywiódł oko z powrotem do snajperskiej lunety, skupiając swoją uwagę na grupce mężczyzn. Miał możliwość cyfrowego przybliżenia obrazu nawet trzydziestokrotnie, jednak wolał patrzeć na obóz w pięciokrotnym powiększeniu. W ten sposób mógł jeszcze wyłapać ruchy mas powietrza i polegać na swoim doświadczeniu, wyczuciu; nie będąc tylko spustowym dla elektronicznego systemu celowania. Oprogramowanie sugerowało, by celować półtora centymetra na prawo od celu i pięć milimetrów ponad ich głowami. W lunecie pojawiła się graficzna prezentacja wskazująca centralne miejsce skupienia. Cienka, zielona linia wskazywała poziomą belkę, będącą granicą zadaszenia budowli. Z perspektywy snajpera zasłaniała ona głowę stojącego przy stole mężczyzny, ukazując jedynie górną część jego pleców.
W pewnym momencie siedzący u głowy stołu mężczyzna wstał i wolnym krokiem zaczął okrążać stół. Snajper nie mógł uwierzyć w swoje szczęście, gdy mężczyzna po lewej stronie, siedzący do niego frontem, wstał i zaczął wędrować w tym samym kierunku. Obaj szli z lewej strony na prawą, mijając za plecami trzeciego, siedzącego rebelianta, zasłoniętego przez stojącego żołnierza bez widocznej głowy.
Nabrał powietrza w płuca i skorygował wskazania systemu celowania o milimetr do góry i pół milimetra w prawo. Chciał tym razem uzyskać coś innego, niż proponowany przez oprogramowanie strzał w rdzeń kręgowy przeciwnika.

*****

Mężczyźni siedząc przy dużym, drewnianym stole, głośno debatowali nad rozłożoną na nim mapą. Mapa leżała pomiędzy dwoma mężczyznami z prawej strony, po środku stołu. Trzech pozostałych mężczyzn nachylała się z lewej, by patrzeć na wskazywane miejsca. Siedzący u głowy stołu był najdalej i w pewnym momencie postanowił wstać i podejść do środka stołu. Zaczął obchodzić siedzących, gdy mężczyzna po jego lewej wstał i dołączył do niego rzucając rozbawiony:
— Muszę wreszcie iść do tego cholernego okulisty, gdy odwiedzimy jakieś miasto — mówiąc to popychał łokciem przechodzącego za nim żołnierza. Obaj rozbawieni, zaczęli się siłować i przesuwać za plecy siedzącego dalej kolegi. Gdy byli niemal za nim, rozległ się donośny, tępy huk. Wszyscy zamarli.

Mężczyźnie stojącemu przodem do stołu eksplodowało prawe ramię, rozchlapując wszędzie resztki jego kości i ścięgien; mężczyzna siedzący naprzeciw odnalazł się z dziurą w dolnej części swojej klatki piersiowej, przez którą można było spojrzeć za niego; za nim dwóm stojącym, przepychającym się rebeliantom, pocisk kalibru pięćdziesięciu milimetrów rozerwał uda. Ten pocisk nigdy nie ranił. On niszczył wszystko na swojej drodze.
Piąty mężczyzna siedzący obok odskoczył, upadając na ziemię pośladkami i cofając się w tej pozycji, uderzył o jeden z bali podtrzymujący zadaszenie po lewej stronie. Siedział tam przez moment z przerażeniem na twarzy i szeroko otwartymi oczami, patrząc na zmasakrowanych kolegów. Pozostawanie w bezruchu było jego ogromnym błędem. Nim zdołał cokolwiek pomyśleć, drugi pocisk uderzył w jego prawe ramię i przeszedł całą szerokość klatki piersiowej, rozrywając płuca, serce i kręgosłup. Wyleciał z drugiej strony roztrzaskując mężczyźnie lewe ramię, którym podpierał się z boku o ziemię.

*****

Snajper słyszał głośne jęki dwóch mężczyzn, z rozerwanymi nogami. Powoli, bez pospiechu wyłączył swój kamuflaż, przywołał i złożył drona, spakował cały użyty sprzęt do plecaka i przewiesił karabin przez plecy. Usiadł na środku wzgórza i przy odgłosie jęków umierających mężczyzn, wyciągnął i zapalił papierosa. To był już koniec, ostatnia misja. Teraz będzie mógł wrócić do domu. Nie miał najmniejszej ochoty, by jego ostatnim wspomnieniem, które zabierze ze sobą, była dwójka umierających mężczyzn na jego oczach. Cierpliwie poczeka, aż jęki i wołania o pomoc ustaną. Wtedy uda się do obozu i zabezpieczy wszystkie ważne dowody, potwierdzi obecność skradzionego sprzętu. Przy odrobinie szczęścia znajdzie wojskową radiostację, która po lekkiej modyfikacji pozwoli mu od razu skontaktować się z dowództwem.
To wszystko jednak za moment. Teraz włożył do uszu słuchawki i puścił swój ulubiony kawałek nieistniejącego już zespołu rockowego. Niespiesznie palił papierosa, lekko podekscytowany wizją powrotu to życia jako zwykły obywatel; wolny człowiek. Ta wizja trochę go przerażała.

……………………………….
Szymon Dąbrowski – (ur. 1979 r. w Krakowie) – ekonomista, pracownik sektora przemyslowego, początkujący pisarz. W roku 2003 ukończył studia uzupełniające magisterskie na Akademii Ekonomicznej w Krakowie. Posiada duże doświadczenie w pisaniu prac i opracowań naukowych. Obecnie stawia swoje pierwsze kroki jako pisarz beletrystyki.
…………………..
03.02.2014 | Więcej: Blog|opowiadania.pl

Ostatnie zlecenie przed powrotem do kraju. SZYMON DĄBROWSKI Snajper
6 votes, 3.67 avg. rating (75% score)

..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter|zgłoś sugestię
[3] Komentarze

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.