Czekałem na najnowszy film Wojtka Smarzowskiego z kilku powodów. Pierwszy i najważniejszy dla mnie — tematyka dotyczy mnie osobiście. Osoba reżysera dawała nadzieję, że powstanie dzieło wyraziste, mocne, nie unikające kontrowersji. Mając w pamięci rewelacyjne „Wesele”, minimalnie gorszy „Dom zły”, wyraźnie słabszą acz ciągle dobrą „Drogówkę” liczyłem, że Smarzowski nie będzie szedł na kompromisy, oraz nie będzie uciekał od stawiania trudnych pytań — jak to się zdarza w produkcjach poświęconych problemowi alkoholizmu — co więcej, miałem nadzieję, że pokusi się także na odpowiedzi. Może nie na wszystkie pytania ale przynajmniej na część.

Plakat do filmu Wojtka Smarzowskiego "Pod mocnym aniołem". Foto: materiały prasowe do filmu.

Plakat do filmu Wojtka Smarzowskiego “Pod mocnym aniołem”. Foto: materiały prasowe


Tradycję mamy w temacie niezłą: i jako konsumenci (nie bez kozery Smarzowski deklarował wcześniej, że zrobi film o naszym „narodowym sporcie”), i jako dokumentaliści. Szlaki przetarł lata temu Marek Piwowski swoim „Korkociągiem”, z niedawnych dokonań na uwagę zasługują bez wątpienia filmy-reportaże Jacka Bławuta „Ja, alkoholik” oraz przejmujący „Szczur w koronie”.

Po drugie — osoba reżysera. Wojtek Smarzowski robi filmy wyraziste i konkretne. Można go lubić, można nie lubić, ale trudno mu odmówić umiejętności przyciągania uwagi widza. Do tego szczerość narracji, bezkompromisowość wypowiedzi — żaden film Smarzowskiego nie pozostał jak dotąd bez echa.
Po trzecie – obsada. Lista nazwisk „za udział wzięli” imponująca, dająca szansę na wyborne kreacje, role zapadające w pamięć, prawdziwe i rzeczywiste portrety przedstawianych postaci.
Mamy więc doświadczenie warsztatowe, mamy aż nadto materiału do opowiedzenia, mamy bardzo dobrego reżysera i równie dobrych aktorów – potencjalnie recepta na sukces. Dlaczego zatem na wyszło?
Chciałbym wyraźnie podkreślić, że „Pod Mocnym Aniołem” nie jest filmem złym. Ale nie jest też, niestety, filmem dobrym. Ot, średniak. Najprościej rzecz ujmując — to film o niczym. Abstrahuję teraz od warstwy wizualnej (głównie), czy listy dialogowej. W moim mniemaniu reżyser nie miał pomysłu na tę realizację. Czy temat, pozornie łatwy, przerósł Smarzowskiego, czy może pierwowzór literacki i podstawa scenariusza czyli książka Jerzego Pilcha, okazał się nieprzekładalny na język taśmy filmowej? Trudno mi to jednoznacznie stwierdzić (przyznaję uczciwie, że książki nie czytałem). Moim zdaniem, dostałem jako widz serię obrazków do pooglądania, zmontowanych w jeden długi wideoklip. Tematyczne scenki rodzajowe, z których nic nie wynika. Zabrakło mi w filmie jakiejś myśli przewodniej, konceptu, ogólnej — chociażby — refleksji. Pamiętam, jak w połowie lat osiemdziesiątych, nieco zapomniany dziś Marek Oramus, pisarz, felietonista i dziennikarz opowiadał o dyskusji jaką toczył z nieco bardziej dziś zapomnianym pisarzem sf Wiktorem Żwikiewiczem na temat jakiegoś filmu (tytuł wyleciał mi teraz z pamięci). Żwikiewicz skwitował seans jednym zdaniem: „Dokąd jedzie ten tramwaj?” Otóż to! Dokąd pan jedzie, panie Smarzowski?

Z racji swojego życiorysu patrzę na ten/taki film być może inaczej niż tzw. przeciętny widz. Opowieści kolejnych pacjentów z odwyku, uplastycznione przez reżysera nie szokowały mnie, nie brzydziły. Obejrzałem po prostu raz jeszcze prawie całe swoje dorosłe życie i potwierdzam: tak, alkoholizm tak wygląda naprawdę. Ba, bywa, że jeszcze gorzej. Nie ma w filmie sceny czy zdarzenia (aż zastanowiłem się nad tym po projekcji), w którym nie uczestniczyłbym osobiście bądź nie był świadkiem, pomijając odmienność dróg (mojej i bohaterów) zdrowienia oraz indywidualnego entourage`u. A mimo tego nie potrafiłem zidentyfikować się z żadnym z bohaterów. Może dlatego, że nic o nich nie wiedziałem? Nie zdążyłem ich polubić, poznać? Dostałem kilka postaci bez początku, bez końca, ot, piją, próbują to nawet tłumaczyć na swoje sposoby ale w rzeczywistości nic o nich nie wiem. Co takiego stało się życiu Jerzego, głównego bohatera, że przestał panować nad ilością wypijanego alkoholu? Co go dręczy, co przeszkadza mu w podjęciu decyzji o leczeniu? W filmie o tym cisza. Gość po prostu pije i pić będzie, bo lubi. Ot, cała konkluzja. Trochę to za mało dla mnie jak na film o strasznej, wyniszczającej chorobie, chronicznej, postępującej i śmiertelnej. Nie znaczy to, że domagam się od Smarzowskiego moralitetu zaczynającego się z „górnego C” ale przydałoby się niejakie pogłębienie tematu. Nieliczne metaforyczne wstawki (sceny w kanale) nie ratują sytuacji. Mam wrażenie, że reżyser prześlizgnął się po temacie, skupiając uwagę na dosłowności ohydy picia i jego konsekwencji.

Film zagrany jest genialnie. Kreacje aktorów, zwłaszcza drugoplanowych, to warsztatowy majstersztyk. Gdybym nie wiedział, że wszyscy na planie byli trzeźwi (Smarzowski tłumaczył to wielokrotnie), przysiągłbym, że grają au naturel, autentycznie w stanie upojenia alkoholowego. Jedyny zgrzyt to kreacja Roberta Więckiewicza w scenach, gdy intelektualizuje chorobę: o ile pijącego alkoholika zagrał tak, że uwierzyłbym bez mrugnięcia okiem, iż jest naturszczykiem wyciągniętym na potrzeby filmu spod śmietnika przy sklepie monopolowym, o tyle gdy gra pisarza, to widać, że gra.
I słowo o zakończeniu. Gdy w 1962 roku Roman Polański zakończył prawie w identyczny sposób „Nóż w wodzie” było to rozwiązanie fabularnie nowatorskie. W 2014 roku metafora dokonywania wyboru życiowego przez postawienie bohatera na skrzyżowaniu (literalnie), zamiast symboliczną stała się kiczowatą. Szkoda. Na mapie polskiej kinematografii mógł pojawić się mocny, poruszający film, ważny i nietuzinkowy, dosadna i naturalistyczna swoista przeciwwaga dla nieco onirycznego, filozoficznego „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” Marka Koterskiego. Jakkolwiek „Pod Mocnym Aniołem” trzeba obejrzeć, chociażby ze względów – powiedzmy przewrotnie – edukacyjnych, film pozostawia duży niedosyt i poczucie zmarnowanego potencjału. Hasło reklamowe produkcji głosi: „Film, który zachwieje Polską”. Cóż, mną nie zachwiał. — Tomasz A.Morris
………………………………………………………
Artur T. Korczyński (ps. Tomasz A. Morris) Rocznik 1963, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, handlowiec. Od lat wiernie zakochany jestem w kotach. Okres chorobliwej wręcz fascynacji Jimem Morrisonem już minął, ale miłość do “The Doors” została. Wychowałem się na AC/DC, Led Zeppelin, Black Sabbath, Deep Purple itp.; i tak mi zostało. Monthy Pyton i pochodne — rulez! Film wszechczasów (IMHO) to “Alien” R.Scotta. Żyłem szybko, barwnie, kolorowo, teraz cieszę się zwyczajną codziennością. Kliniczny Bliźniak. “Człowiek-encyklopedia”: na wszystkim się zna, na niczym dobrze (z małymi wyjątkami). Dotychczasowe publikacje: wywiad z Rafałem A. Ziemkiewiczem w tygodniku “ITD”; opowiadania w “Młodym Techniku”; opowiadania w “Magazynie Fantastycznym”; opowiadanie w “Esensji”; opowiadanie w “SFFH”; wiersze w tygodniku “Angora”; felieton tamże (publikacja pod pseudonimem); książka F10.2 (publikacja pod pseudonimem). Na podstawie jednego z opowiadań student Łódzkiej „Filmówki” zrealizował miniaturę filmową.
01.02.14

TOMASZ A.MORRIS Film, który nie zachwiał Polską
2 votes, 4.00 avg. rating (83% score)

..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter|zgłoś sugestię
Jeden komentarz

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.