Jordania to zaskakujący kraj, raczej mało znany przeciętnemu Europejczykowi i dość nietypowy jak na kraj muzułmański. Pewnie w dużej mierze za sprawą swojego króla i jego małżonki, dość przypomnieć, iż król Abd Allah II ibn Husajn to wychowanek i absolwent amerykańskich oraz angielskich szkół i uniwersytetów (jest więc dobrze zaznajomiony z kulturą i zwyczajami Zachodu), syn Brytyjki, ponadto – jak wieść niesie – fan serii filmowej Star Trek. Królowa Rania w niczym nie przypomina stereotypowej kobiety muzułmańskiej – ma swój profil na Facebooku, twittuje, prowadziła wideoblog na Youtube, nie nosi tradycyjnego stroju. Jordania bardziej znana jest za to z pewnością z miasta Petra – zaginionego miasta, które na ok. 800 lat zniknęło z ludzkiej świadomości i pamięci. Być może, jeszcze bardziej znana jest – nie można o tym zapomnieć – z filmu „Indiana Jones i ostatnia krucjata”, w którym stanowi tło końcowych wydarzeń filmu.
Wyruszamy z Egiptu przeprawiając się promem przez cieśninę Akaba a dalej podróżujemy autokarem. Upał jest potworny, żar leje się z nieba a wokół sam piach i skały. Słońce razi w oczy, jest wczesna godzina ranna a już trudno oddychać. Pierwszy postój na ziemi jordańskiej nie jest ekscytujący: zatrzymujemy się na pustyni żeby rozprostować kości, pochodzić chwilę wokół autokaru starając się nie wychodzić z cienia. Biorę na klatę warunki i oddalam się w kierunku pustyni. Dobrze, że postój krótki, bez okularów przeciwsłonecznych i czapki ciężko wytrzymać na pełnym słońcu.
Ruszamy dalej, po kilkudziesięciu kilometrach przewodniczka pokazuje nam z lewej strony wysokie wzgórze.

To miejsce wiecznego spoczynku Aarona, brata Mojżesza.

Według tradycji na wzgórzu znajduje się jego grób. Nie będziemy go odwiedzać, jest za daleko, poza tym sama wspinaczka zajmuje podobno kilka godzin. Trudno, może innym razem? Jedziemy dalej, przed nami długa droga a do samej Petry nie tak łatwo się dostać. Prowadzi do niej – i kiedyś, i dziś – zaledwie jedna droga, ukryta wśród skał, kręta i wąska. Dopiero na miejscu widać dlaczego miasto przez tak długi czas po upadku pozostawało zapomniane. Petry po prostu nie widać „z wierzchu”, jest położona głęboko wśród gór, w kotlinie?, wąwozie? Z poziomu pustyni nie ma absolutnie żadnego znaku, że całkiem niedaleko znajduje się cały kompleks budynków, łatwo można sobie wyobrazić karawany i podróżników, które przechodziły mimo, nie mając pojęcia o niedalekiej metropolii.
Zaczynamy grzecznie uporządkowaną kolumną, przed nami otwiera się szeroki z początku trakt, niknący tajemniczo w gęstwinie skał. Upał jest obezwładniający toteż ochoczo zanurzam się w skały dające chwilową ulgę. Dość szybko droga zwęża się znacznie, teraz po obu stronach piętrzą się skalne ściany, momentami zachodzące na siebie wysoko nad głową. Wrażenie jest niesamowite, skały wcale nie są szare, mienią się kolorami, na ścianach wyraźnie widać dokąd sięgała woda podczas kolejnych powodzi (tak, tak, Petra była nawiedzana wielokrotnie przez ulewne deszcze). Dostrzegam fragmenty rzeźb, reliefów. Większość mało czytelna, jakieś nogi, części ciał zwierzęcych, ornamenty… Dodatkowo skały samoistnie przybierają fantastyczne kształty, na skutek wietrzenia i erozji powstają całkiem naturalnie formacje przypominające dzieło ludzkich rąk. Wzdłuż drogi, po oby jej stronach, widać pozostałości systemu irygacyjnego. Rozglądam się wokoło, robię zdjęcia. Mam mimowolne skojarzenia z formacjami z polskiego Ojcowa, ale tu jest bardziej kolorowo, baśniowo. Idę dość żwawym krokiem, droga wije się między skalnymi nawisami, czasem rozszerza się niespodziewanie, a czasem zwęża do szerokości wystarczającej na dwie, góra trzy osoby. Wrażenie tajemniczości, niesamowitości jest dojmujące.
Mijam kolejny zakręt i nagle, zupełnie niespodziewanie, wychodzę z gór wprost na ogromny plac a dokładnie naprzeciwko monumentalnej budowli. Zaskoczenie jest całkowite. To najbardziej rozpoznawalna konstrukcja Petry, zwana „Skarbcem Faraona”. Budowla jest ogromna. Co ciekawe,

wygląda dokładnie tak jak w filmie o Indianie Jonesie.

Petra. Jordania. Miasto wykute w skale. Foto: Tomasz A. Morris.

Petra. Jordania. Miasto wykute w skale. Foto: Tomasz A. Morris


Ten sam rudordzawy kolor, całość oświetlona silnie przez słońce wyglądające znad szczytów gór. Jedyne rozczarowanie to naprawdę sporych rozmiarów kolejka turystów oczekujących na wejście do środka „Skarbca”. Mając w pamięci sceny z filmu, gdzie była tylko trójka bohaterów i mistyczna konstrukcja, zastany widok skutecznie kłóci się z zapamiętanym wyobrażeniem. Nie mogę sobie za to odmówić drobnej przyjemności – staję dokładnie w tym samym miejscu, w którym stal Harrison Ford kręcąc scenę wyjazdu z Petry. Teraz, obok mnie, stoi tu też stadko osiołków należących do miejscowego przewodnika. Robię kolejne zdjęcia.
Mamy czas wolny, możemy chodzić swobodnie po całym terenie. Nie ma jak się zgubić czy zabłądzić – jest tylko jedna droga do i z Petry.
Wspinam się na skały aby dokładniej obejrzeć jaskinie jakich jest mnóstwo na zboczach ścian. Nabatejczycy musieli mieć specyficzny stosunek do śmierci, bowiem w tych samych jaskiniach mieszkali ale również chowali swoich zmarłych. Zaglądam do kilku pieczar, jaskinie jak jaskinie, choć świadomość, że mieszkali w nich ludzie razem ze swoimi zmarłymi sprawia, że czuję się nieco nieswojo.
Wysoko, na zboczu jednej z gór kolejna znana budowla Petry, zwana „Klasztorem”. Bardzo podobna do „Skarbca Faraona” jednakże o wiele większa. Przypuszcza się, że był to grobowiec kogoś ważnego dla Nabatejczyków, nie znaleziona jednak żadnych szczątków a sama nazwa pochodzi z późniejszych czasów, gdy faktycznie był tu chrześcijański klasztor.
Wspinam się też na ścianę teatru wykutego – a jakże – w skale. Potężna budowla zaplanowana na kilka tysięcy osób, bardzo dobrze zachowana. Ale to już konstrukcja z czasów rzymskich, o samych Nabatejczykach nie wiadomo zbyt wiele, szczególnie niejasne jest pochodzenie tego ludu.

Wracam pod „Skarbiec”, budowla przyciąga jak magnes a ja staję karnie w kolejce oczekujących na wejście do środka. Kiedy wreszcie docieram przed ogromne kolumny i wchodzę głębiej, nie potrafię ukryć rozczarowania. W środku nie ma nic! Jedna ogromna pieczara, trzy gołe skalne ściany – to wszystko. A gdzie tajemnicza, opleciona pajęczynami ścieżka, którą bohatersko pokonywał Indiana Jones? Gdzie dalsze pomieszczenia? Nie ma. Jedynym pocieszeniem (?) może być fakt, iż prace archeologiczne w Petrze wciąż trwają, szacuje się, że miasto zostało odkopane zaledwie w niewielkiej części zaś fascynujące znaleziska wciąż czekają na odkrycie pod setkami ton gruzu, skał, gdzieś głęboko w ziemi, pod Petrą.
Zauroczony widokami, zajęty bieganiem po jaskiniach, wspinaniem się na skały nie zwracałem uwagi na upał, dopiero w drodze powrotnej czuję jak ramiona zaczynają mnie palić żywym ogniem i dopiero wtedy uświadamiam sobie jak bardzo chce mi się pić.
Zbieramy się przed wejściem czekając na pozostałych uczestników wycieczki, wokół namioty miejscowych przewodników, kupców, handlarzy. Wchodzę do jednego z nich i staję zaskoczony.

Niesamowita, nieprawdopodobna, wspaniała srebrna biżuteria.

Bransolety, łańcuszki, przywieszki, naszyjniki. Prześliczna robota, idealna w każdym szczególe, coś pięknego. Niestety, mina mi rzednie gdy słyszę ceny. Próbuję zacząć targowanie – wszak jesteśmy w arabskim kraju – ale czeka mnie kolejna niespodzianka. Handlarze, w zasadzie, nie chcą negocjować. Coś niebywałego w tym regionie! Po chwili rozmów słyszę wyjaśnienie łamaną angielszczyzną, że te wyroby są dostępne tylko w jednym miejscu na świecie: właśnie tu. Więc albo mogę kupić coś „tu i teraz”, albo w ogóle. Im nie zależy. No tak, argument natury iście napoleońskiej ale żeby tak absolutnie im nie zależało? To po co by tu stali z tymi namiotami? Wynajduję nefrytowy naszyjnik i po długotrwałych targach osiągamy ze sprzedającym satysfakcjonujący obie strony kompromis cenowy. Mam świadomość, że i tak pewnie znacznie przepłaciłem ale liczy się chyba jeszcze magia miejsca, prawda? Jordania zaskakuje do końca. Zmierzając do autokaru mijam spore drzewo. Po chwili dowiaduję się, że to drzewo pieprzowe. Całe życie byłem przekonany (być może niesłusznie), że pieprz rośnie na krzakach. Cóż, może tylko tutaj, w magicznej Petrze, rośnie na drzewach…

………………………………………………………
Artur T. Korczyński (ps. Tomasz A. Morris) — rocznik 1963, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, handlowiec. Od lat wiernie zakochany jestem w kotach. Okres chorobliwej wręcz fascynacji Jimem Morrisonem już minął, ale miłość do “The Doors” została. Wychowałem się na AC/DC, Led Zeppelin, Black Sabbath, Deep Purple itp.; i tak mi zostało. Monthy Pyton i pochodne – rulez! Film wszechczasów (IMHO) to “Alien” R.Scotta. Żyłem szybko, barwnie, kolorowo, teraz cieszę się zwyczajną codziennością. Kliniczny Bliźniak. “Człowiek-encyklopedia”: na wszystkim się zna, na niczym dobrze (z małymi wyjątkami). Dotychczasowe publikacje: wywiad z Rafałem A. Ziemkiewiczem w tygodniku “ITD”; opowiadania w “Młodym Techniku”; opowiadania w “Magazynie Fantastycznym”; opowiadanie w “Esensji”; opowiadanie w “SFFH”; wiersze w tygodniku “Angora”; felieton tamże (publikacja pod pseudonimem); książka F10.2 (publikacja pod pseudonimem). Na podstawie jednego z opowiadań student Łódzkiej „Filmówki” zrealizował miniaturę filmową.
Foto: Tomasz A.Morris
12.01.2014

Magia miejsca. TOMASZ A.MORRIS Jordania.
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter|zgłoś sugestię
[2] Komentarze

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.