Fragment powieści Kot

W alkoholiźmie nic nie jest proste.
Uzależnieni to ludzie, jeśli nie egoistyczni, to z pewnością egocentryczni ponad miarę. Zastanawiam się, czy obecnie nie przeginam w drugą stronę. Ostatnio, pewna znajoma zapytała mnie retorycznie, trochę złośliwie, trochę z wyrzutem: „Czy kiedykolwiek obchodził mnie ktoś inny, poza mną samym?” Inna sprawa, że też jest trzeźwiejącą alkoholiczką i nie zna mnie z okresu picia, niemniej jednak zmiana w moim zachowaniu musi być spora. Tyle, że ja jej nie widzę. Mimo wszystko staram się być łagodny dla siebie.

Nie zmieniła się natomiast moja miłość do zwierząt, a w szczególności uwielbienie dla kotów. Od osiemnastu lat, lekko licząc, mam absolutnego bzuma na ich punkcie. Siedzieliśmy kiedyś z Wranglerem na ławeczkach, niedaleko mojego mieszkania. Dlatego na zewnątrz, bo po pierwsze: lato było i bardzo fajnie wtedy pije się na powietrzu, po drugie: było już po południu, więc nie chcieliśmy zaogniać sytuacji, gdyby żona wróciła do domu, a my we dwóch przy baterii puszek po piwie, w oparach dymu papierosowego.
Siedzimy, gadamy, piwko za piwkiem. Zaczęło robić się późno, powoli zapadał zmierzch, gdy podjechała do nas moja sąsiadka z parteru. Jest niepełnosprawna, porusza się na wózku inwalidzkim. I strasznie gadatliwa. Zaczęła się pytać, czy nie zauważyliśmy jej kota, który parę dni temu hycnął z ogródka i do tej pory nie wrócił. Więc jeździ, szuka go i przepytuje ludzi. Porozmawialiśmy wtedy spory kawałek czasu, nam się z Wranglerem nie spieszyło, mieliśmy wystarczający, na całą noc, zapas browaru, sąsiadka była zadowolona, że ma słuchaczy. Pogadaliśmy sobie o kotach i późną nocą wróciłem do domu. Ale dla mnie to był dopiero początek kolejnego ciągu, piłem nieprzerwanie kilka kolejnych dni i nocy, bo w takim stanie nie ma znaczenia, która jest godzina i jaka pora doby. No i zdarzyło się, że którejś nocy zabrakło mi alkoholu. Tragedia! Trzeba było wyjść na stację benzynową. Ale przecież wyglądałem przerażająco: z kilkudniowym zarostem, przepity, śmierdzący i ledwo trzymam się na nogach. I jest druga trzydzieści w nocy. Ale co tam! W końcu piję za swoje, kogo obchodzi, jak wyglądam, a pora tak samo dobra, jak każda inna, jeśli pić się chce.
Powlokłem się na Statoil, w drodze powrotnej wypiłem dwa browary, bo bez wzmocnienia chyba bym nie dał rady wrócić, w takim stanie, spacer na pobliską stację, to było dla mnie jak ekspedycja na Spitzbergen. I gdy raźnym już krokiem wchodziłem na klatkę schodową, zobaczyłem kota. Siedział sobie na murku, przy ogródku niepełnosprawnej sąsiadki. Lśniący, wypasiony, widać, że domowy kot. Kiedy podszedłem, nawet nie uciekał. Kurczę! Znalazłem zaginionego parę dni temu zwierzaka, ale co robić? Jest środek nocy a ja ledwo ciepły. Może wezmę zgubę do mieszkania i oddam rano? Nie ma szans, żona chyba zakopałaby mnie żywcem, razem z obcym kotem, do tego moja własna kotka pocięłaby przybysza na plasterki. A jak jeszcze przytargam uciekiniera, który kilka dni błąkał się po dworze, jeszcze zapchlę i zarobaczę swojego kota. Znowu zostawić tak, jak jest to szkoda, bo znów ucieknie i tym razem zginie na amen.

Gdy otworzyłem drzwi od klatki schodowej, obcy kot w podskokach podbiegł do drzwi mieszkania sąsiadki i usiadł na wycieraczce przed nimi. To przeważyło; trudno – pomyślałem. Kot tłumaczy wszystko. Zacząłem stukać i wydzwaniać. Długo to trwało zanim usłyszałem, że ktoś w środku obudził się. Na szczęście to była sama niepełnosprawna, krzyknęła, że za chwilę otworzy, znów trochę potrwało, trzeba pamiętać, że została zbudzona ze snu, musiała się odziać w jakiś szlafrok czy podomkę, przenieść się na wózek i dotrzeć do drzwi. Wreszcie otworzyła.
Chciałbym, żebyście dokładnie zdawali sobie sprawę z sytuacji, więc powtórzę: jest około trzeciej w nocy, ja tarabanię do drzwi i zrywam z łóżka niepełnosprawną kobietę, wreszcie otwiera, a tam ja: brudny, cuchnący, zarośnięty, w obydwu rękach po kilka reklamówek wypchanych browarem, zataczam się i bełkotliwie, acz nie bez pewnego tryumfu w głosie mówię:
Przyprowadziłem kotka….
A na to sąsiadka, która zaspana ledwo na oczy widzi, odpowiada z wysokości wózka inwalidzkiego:
Ale to nie mój kot.
Nogi ugięły się pode mną.
Wybełkotałem jakieś nieskładne wyjaśnienia i normalnie uciekłem. Schodami, bo nie miałem samozaparcia, aby czekać na windę. Dostrzegłem tylko, że obcy kot – spryciarz wskoczył do środka, z mieszkania usłyszałem przestraszony krzyk, chyba matki sąsiadki i to wszystko, bo byłem wtedy już na trzecim piętrze.
Nawet wtedy, nafutrowany na sztywno, jak szpadel, czułem się nieswojo.
No co, chciałem dobrze, szkoda przecież kota było.

 
Był to fragment książki Tomasza A. Morrisa “F10.2”
TOMASZ A.MORRIS, F10.2 — zamów książkę
……………………………..
Artur T. Korczyński (ps. Tomasz A. Morris) — rocznik 1963, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, handlowiec. Od lat wiernie zakochany jestem w kotach. Okres chorobliwej wręcz fascynacji Jimem Morrisonem już minął, ale miłość do “The Doors” została. Wychowałem się na AC/DC, Led Zeppelin, Black Sabbath, Deep Purple itp.; i tak mi zostało. Monthy Pyton i pochodne — rulez! Film wszechczasów (IMHO) to “Alien” R.Scotta. Żyłem szybko, barwnie, kolorowo, teraz cieszę się zwyczajną codziennością. Kliniczny Bliźniak. “Człowiek-encyklopedia”: na wszystkim się zna, na niczym dobrze (z małymi wyjątkami). Dotychczasowe publikacje: wywiad z Rafałem A. Ziemkiewiczem w tygodniku “ITD”; opowiadania w “Młodym Techniku”; opowiadania w “Magazynie Fantastycznym”; opowiadanie w “Esensji”; opowiadanie w “SFFH”; wiersze w tygodniku “Angora”; felieton tamże (publikacja pod pseudonimem); książka F10.2 (publikacja pod pseudonimem). Na podstawie jednego z opowiadań student Łódzkiej „Filmówki” zrealizował miniaturę filmową.
24.01.14

TOMASZ A.MORRIS Kot
4 votes, 4.00 avg. rating (82% score)

..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter|zgłoś sugestię
Jeden komentarz

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.