PRZED PANDEMIĄ

Dawno porzuciłem myśl o wypoczynku. Mój pokój mierzy 6m2 i czuję się jak postać z Tatiego. Jest mi tak cholernie niewygodnie. Od lat nie sypiam, mam problemy z rozrywką i nie znoszę współczesnej kinematografii. Ani poezji. Mój jedyny cel to zająć się czymś. Czymkolwiek. Pragnę jedynie spowolnić rozpędzone myśli i wypełnić czas. Ale to miasto nie ma zbyt wiele do zaoferowania. To miasto kładzie się spać i zasypia przed 20. Po kilku dniach wahania zapisuję się do szkoły MMA, którą otworzyli koło mojej ulicy. Zaczynam od dwóch treningów tygodniowo. Niedługo potem trenuję 10 razy w tygodniu. Mój plan minimum obejmuje 5 treningów Panantukana, 3 treningi BJJ i 2 treningi MMA. Przeplatam tę rutynę sesjami cardio i ćwiczeniami z ciężarami na pobliskiej siłowni. Pochłaniam jakieś 2600 kcal dziennie. Noce spędzam w hotelu, w którym pracuję, lub w bibliotece. Jestem tak cholernie bliski ideału i niemal nie posiadam osobowości. Ani opinii. Żadnej świadomej formy wyrazu. Nie miejcie złudzeń, wszystko, co robię, skierowane jest przeciwko samemu sobie. Jedzenie, picie czy seks — wszystko jest u mnie przejawem stłamszonej agresji. Jest mi tak cholernie niewygodnie. Ledwo trzymam się w ryzach.

W TRAKCIE

A potem zaczyna się ta cała afera z wirusem. Pierwsze, co zwróciło moją uwagę, to zapach dobiegający z pokoju A. A to Andre. Mój współlokator, który dobija do czterdziestki, pochodzi z Brazylii i przyjechał do Lipska za bratem, który znalazł pracę w branży IT i przeniósł się do Monachium. Andre pracuje w fabryce BMW. To znaczy pracował. Obecnie dzieli swój czas pomiędzy wizyty w lipskim Job Center, regularne drzemki i opróżnianie lodówki. Nasza lodówka to materiał na osobne opowiadanie. Choćbyście nie wiem jak bardzo się starali, nie znajdziecie na półce A. ani jednego produktu, który nie zostałby wcześniej należycie przetworzony, opakowany w aluminium i opatrzony niepokojąco odległą datą ważności. Większość to ekspresowe dania do mikrofali, które powoli topnieją i zalewają moją szufladę z warzywami. Andre nie ma żadnych warzyw. Ani owoców. Mógłby sobie skurwiel kupić chociaż kawałek czerwonego mięsa. Ale nie. Obok naszej lodówki stoi szafka pełna ciastek. Nie wiem, kiedy Andre postanowił się wykończyć, ale facet jest na najlepszej drodze, żeby nie doczekać następnej dekady. Z pewnością jest w grupie ryzyka. Z zespołem bezdechu sennego, z trzecim stopniem lustrzycy. Jedno trzeba było mu przyznać: wciąż posiadał zgrabne łydki. To zadziwiające, że gatunek ludzki potrafi kumulować tłuszcz w całkowicie izolowanych partiach ciała. Wszystkie te ciastka, biszkopty, lasagne i skrzydełka pełne maltodekstrozy i sodu szły mu w brzuch, który z dnia na dzień opadał coraz niżej. To tylko kwestia czasu, zanim nawalą mu plecy. Jego drobne łydki nie wróżą mu najlepiej.
Victror Ficnerski
Tak czy inaczej, coś cuchnęło niemiłosiernie i zmuszało mnie do zatykania nosa za każdym razem, gdy A. otwiera drzwi do swojego pokoju. Obstawiałem na połączenie wilgoci, niepranej bielizny i chipsów pokrytych paprykowym pyłem. Po kilku dniach doszły do tego coraz dłuższe wizyty w łazience i odgłosy wzmożonego wysiłku. Martwiłem się o A. Jeśli zaraził się wirusem, to skurwysyna zajebie.

Sytuacja rozkręca się powoli. Liczby wciąż nie są imponujące. Filmiki z Chin budzą lekki niepokój, ale to wciąż coś odległego, coś na innym kontynencie. Potem coś zaczyna się psuć we Włoszech, ale Włochy też są jeszcze w miarę daleko. To coś, co dzieje się w innym kraju. Jak na to nie patrzeć, im więcej napływa złych wiadomości, tym czuję się lepiej. Chyba pierwszy raz od dekady przesypiam osiem godzin i wypróżniam się regularnie. Wczoraj kupiłem nową koszulę i świeże skarpetki, bo jeśli to koniec, to chciałbym dobrze wyglądać. Potem zaczyna brakować papieru toaletowego. To coś mówi o naszych priorytetach. Wyobrażam sobie spisek wielkich koncernów albo jednego frajera w Stanach, który zrobił zapas, drugiego frajera obok, który spanikował i efekt domino, który dotarł do Europy. Gdy pod koniec lutego mam ostatnią okazję być w Polsce, widzieć się z rodzicami i kazać ojcu zrobić zapasy jedzenia i kupić generator prądu, moja matka spogląda na mnie jak na idiotę. Może spoglądać, jak jej się podoba, ale ja naprawdę długo czekałem, żeby już tydzień później móc jej napisać coś takiego:

Ulice miast pustoszeją. Pustoszeją półki w sklepach. Wciąż nie ma papieru. Nie ma masek w aptekach. Zamykają siłownie i ludzie na ulicy zaczynają się zachowywać agresywnie. Wczoraj jakiś skurwysyn o mało mnie nie przejechał. Jeśli tylko kichniesz w tramwaju albo potrzesz nos, zaraz spoglądają na ciebie z podejrzeniem. Zamknęli granice. To kwestia dni, zanim zamkną biblioteki.

Więc może to i dobre czasy. Może w końcu jest o czym pisać. Bądźmy ze sobą szczerzy, przez ostatnie dwie dekady, niemal przyszło nam sczeznąć z nudów. Może sytuacja wciąż nie jest dość poważna. Może trzeba popatrzeć na to z innej strony. Jeśli jesteś kimś, kto od lat przygotowywał się do katastrofy, jeśli jesteś fanem survivalu, masz swoje pięć minut. Jeśli jesteś poetą, potrzebujesz naprawdę niewiele inspiracji. Jeśli trenujesz sztuki walki, może wreszcie ci się to na coś przyda. Jeśli masz myśli samobójcze, cóż, teraz mają je wszyscy. Jeśli chodzi o mnie, przestawiłem się na nocny tryb życia. Na nowo odkrywam w sobie ciągoty religijne. Spaceruję po mieście. Z Connewitz do Augustusplatz, z Augustusplatz do Connewitz. Zbadałem każdy zakamarek, każdą kostkę w bruku. Zajrzałem w witryny wszystkich podłych knajp, geszeftów, zapyziałych budek z kebabem. Mam naprawdę dużo czasu na przemyślenia i nad ranem próbuję to wszystko jakoś poukładać. Mówię o statystykach. Wysłuchałem sześciu albo siedmiu specjalistów od chorób zakaźnych i, oczywiście, ich prognozy i opinie się nie pokrywają. Jako gatunek, znów nie mamy pojęcia w co się wpakowaliśmy. Zresztą, nie ma to chyba większego znaczenia. Panika czy stoicyzm, wszyscy dawno już obraliśmy swoje stanowiska. Zgodnie z tym, co czujemy. Jakiekolwiek próby racjonalnego myślenia nie odgrywają tu najmniejszej roli. Podobno Chiny już zaczęły przepisywać historię.

A potem zamykają miasta. Zamknęli Kalifornię. W Hiszpanii wypożyczają psy, żeby obejść zakaz opuszczania mieszkania. W stolicy Ekwadoru leżą zwłoki na ulicach. Pizzerie nie mogą znaleźć dostawców. Rydzyk prosi o kolejne wpłaty. Tom Cruise jako jedyny w Hollywood nie przestaje kręcić filmów, a Jared Leto do wczoraj nic nie wiedział o pandemii. Spędził ostatnie kilka tygodni w odosobnieniu, na pustyni. Sukinsyn medytował i pił wodę z kokosa. Tu, w Niemczech, wciąż można chodzić po ulicach. Budzę się, gdy zaczyna się ściemniać i dzwonię do Matki. Podaję jej wczorajsze liczby. Statystyki. Prognozy. Ona podaje mi jakieś informacje z dość wątpliwych źródeł. WHO JEST SKOMPROMITOWANE, krzyczę do słuchawki, WCIĄŻ NIE WIEMY Z CZYM MAMY DO CZYNIENIA, LICZBY Z CHIN NIE MOGĄ BYĆ WIARYGODNE. PAMIĘTASZ CZARNOBYL? Moja matka wzdycha. Nasza komunikacja ulega dezintegracji. Jest gdzieś połowa marca.
Podobno ekonomia upada. Podobno czeka nas powtórka z 1929. Albo gorzej. Podobno. Ponownie uświadamiam sobie, jak dobrze nie mieć prawie niczego. Ale tylko na chwilę. Jeśli Niemcy wprowadzą zakaz wychodzenia z domu, to dla mnie koniec. Dłużej nie ręczę za swoje czyny. Ani zdrowie psychiczne. Obecnie pokonuję dwadzieścia kilometrów dziennie i to ratuje mi życie. Przypominam: mój pokój mierzy 6m2 i stale się pomniejsza.

23 marca wprowadzają zakaz opuszczania miejsca zamieszkania. Całe to cholerne miasto jest puste, opuszczone. Wreszcie można oddychać, ale sama myśl o zakazie skutkuje u mnie atakiem paniki, który staram się zagłuszyć ćwiczeniami oddechowymi, stumililitrowymi małpkami rumu i kiepami podnoszonymi z chodnika. Wracając ze spaceru, nie mogę się doczekać aż odczytam najświeższe wiadomości. Aż trzęsą mi się uszy. Co pokażą dzisiejsze tabele i diagramy? Cóż, w Niemczech znów 4 tysiące nowych przypadków. Wyprzedziły nas Stany i teraz gonią Włochy. Włochy gonią Chiny, ale w statystyki Chin nikt nie powinien wierzyć. Ani w statystyki Iranu. Statystyki Rosji pewnie wcale nie są lepsze. Gdy tak to wszystko rozważam, dzwonię do matki i krzyczę: NIE OGLĄDAJ TELEWIZJI, NIE SŁUCHAJ RADIA, NIE WYTRZYMAM MIESIĄCA! EKSPERCI NIE SĄ ZGODNI! NIC SIĘ NIE ZGADZA! Moja matka znów wzdycha, a ja odkładam słuchawkę. Czyżby życie wreszcie nosiło odpowiedni ciężar? Wciąż nie jestem pewien. Oto kilka teorii spiskowych: 1. Pandemia to sprawka wielkich koncernów farmaceutycznych. 2. To spisek partii komunistycznej, która za pośrednictwem wirusa szerzy komunizm. 3. Za wszystkim stoi Deep State w USA, który potrzebuje pretekstu do uchwalenia Bio-Patriot Act, który wprowadzi obowiązkowe szczepienia, inwigilujące aplikacje i całkowicie cyfrową walutę. Oto kilka innych rzeczy, które rozważam: 1. Na przykład to, że polityka otwartych granic się nie opłaciła. Wystarczy popatrzeć na statystyki państw europejskich [link] 2. Wpływ koronawirusa na sprzedaż piwa Corona. 3. Na ceny prostytucji. 4. Na przypadkowe kontakty seksualne. 5. Społeczne zaufanie. 6. Wielkość rządu. 7. Rządy totalitarne. 8. Na przejścia graniczne i zdalną pracę. 9. Na system edukacji. A potem jadę na zakupy do Kauflandu. Stojąc w kolejce o 6 rano, dochodzę do wniosku, że jako społeczeństwo oglądamy zbyt wiele zombie-movies. Plastikowe ekrany przy kasach i porozwieszane białe tkaniny przyprawiają mnie o palpitację serca. Tylko spokojnie, mówię sobie. W końcu i przed pandemią geometryczne pole mojej egzystencji było dość ograniczone. I przed pandemią to miasto nie miało nic do zaoferowania poza niskim czynszem i otwartą 24 godziny biblioteką. Czekam aż zamkną sklepy spożywcze, żebym przestał pić i kawiarnie, żebym odzwyczaił się od kofeiny. Jestem gotowy głodować. Gotowy na walki o papier toaletowy. Na zamieszki na ulicach. No dalej. Sytuacja wciąż nie jest dość poważna, żeby wpłynąć na moje zachowanie.

PO PANDEMII?

Nie wiem. Może te kilka tygodni niedogodności pozwolą nam na nowo docenić życie. I może kiedy będzie po wszystkim, wrócę do Polski, do Wrocławia albo na wieś, może znów poczuję się swobodnie. Może zbuduję dom i posadzę drzewo (ziemia powinna być tańsza). Może nawet poznam jakąś miła kobietę. Może odpuszczę sobie drzewo. Może zainteresuję się giełdą. Motoryzacją. Zacznę ruchać. Wyrucham całe miasto.

……………………………………….
Victor Ficnerski (1990) — urodzony w Berlinie. Matura we Wrocławiu. Dwa podejścia na Wydziale Nauk Społecznych, kierunek filozofia. Praca na przypadkowych stanowiskach. Podróże. Publikacje w „Wyspie”, „Fabulariach”, „EleWatorze”, „Akancie”, „Afroncie”, „Arteriach”, „Cegle”, „Tlenie Literackim”, “Helikopterze” “Obszarach przepisanych”, “Stronie czynnej”. Jego opowiadanie zawarte zostało w antologii “Dzieci wolności. Antologia przełomu”. Obecnie przebywa w Lipsku.
19.06.2010

VICTOR FICNERSKI Kwarantanna, głupcze!
4 votes, 4.00 avg. rating (82% score)

..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter|zgłoś sugestię

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.