Jest koniec października i modlę się do wszystkich 9999 bóstw, do wszystkich razem wziętych i do każdego z osobna: błagam, tylko nie kolejny lockdown. Tylko nie znowu. 2 listopada, po wystąpieniu Merkel, zapada decyzja: LOCKDOWN 2.0, tym razem w wersji light, cokolwiek to ma znaczyć i tylko do końca miesiąca. Te leksykalne sztuczki to próba powstrzymania paniki i protestów. Sytuacja jest napięta. Moim skromnym zdaniem nic nie ruszy się przed nowym rokiem. Na wiosnę czeka nas powtórka. Tak czy inaczej, zaraz po wystąpieniu Merkel, ludzie jak myszy, jak grzeczne pieski zawijają się do domów. Na siłowni robi się pusto, w szkole walk też pustki. Mój ostatni tydzień to ponad 20 godzin, w tym dwa dni po 6, 2 rano i 4 wieczorem. Moim celem jest zmęczyć się na zapas…
No dobrze. Ale co do cholery oznacza wersja light? Znowu nie mam papieru. Znów myślę o naszych priorytetach—nasze priorytety wciąż są pojebane. Połowa świata od zawsze używa ręki i wiadra z wodą, a my za wszelką cenę pragniemy rozsmarowywać swoje gówno na tyłku. Brak gładkiego, dwuwarstwowego papieru toaletowego pozostaje naszym największym zmartwieniem, podczas gdy produkty spożywcze pozostają na półkach nietknięte. Jak cała masa ludzi lecę na oparach z Kurzarbeit i jeśli wkrótce nie dostanę Wohngeld, zmuszony będę głodować lub nurkować w śmietnikach. Znowu zamykają biblioteki. Te, które pozostają otwarte, otwarte są jedynie dla studentów. Może pora kończyć. Może ostatnia runda wystarczy. Może to dobry czas, żeby ciąć wagę i przygotować się do walki w klatce.

Treningi musieliśmy przenieść do własnych mieszkań. 4 razy w tygodniu trenuję jiu-jitsu z M., u którego rozłożyliśmy maty pożyczone od jednego z trenerów, 2 razy z Tysonem, u którego rozbieramy łóżko złożone z palet i ćwiczymy padwork i kopanie. Tyson to Wietnamczyk, około 22 lat, ma bardzo dobrą energię i za każdym razem, gdy z nim rozmawiam, czuję się o 10 lat młodszy. Potem zaczynam czuć się zmęczony. Tyson chyba nie do końca rozumie z kim ma do czynienia. Pyta mnie na przykład o demonstrację, która ma się odbyć w sobotę. W centrum miasta mają zderzyć się ze sobą frakcje Antify i nazistów. Znaczy to, że protestują jedna przeciwko drugiej i jedna albo druga przeciwko obostrzeniom związanym z lockdownem. Mówię Tysonowi, że nie mogę, że dawno z tego wyrosłem, że się nie mieszam, że nie stanę w jednym szeregu z Antifą. Że cała ta panika związana z nazistami jest niezwykle rozdmuchana. Że nie ma nazistów. Że są ewentualnie neonaziści. Że bardziej przerażają mnie ekstremiści z lewej strony. Że Antifa to komuniści i anarchiści i posuwają się do terroryzmu. Spróbuj stanąć na środku Connewitzer Kreuz, mówię mu, i powiedzieć, że się z nimi nie zgadzasz. Zaraz ktoś ci wpierdoli. To nie demokracja. Żadne z nich nie ma demokracji w zamyśle. Tyson pyta mnie też o religię. Cóż, cała ta narracja, której tak bardzo potrzebuje to przykład luki, którą pozostawiła po sobie właśnie religia. Inny przykład mitologicznego, manichejskiego myślenia to pro wrestling. Zresztą, co ja tam wiem, mówię Tysonowi. Nie wiem nawet w kogo się zamieniam. Wygodnie jest mi jedynie, gdy jakiś 100-kilowy sukinsyn dusi mnie od tyłu lub kopie po łydkach. Gdy biegam 30 kilometrów dziennie. Gdy podnoszę ciężary 5 razy w tygodniu.
VICTOR FICNERSKI
Pracy jest naprawdę niewiele. Sicherheit Nord było tak miłe i posłało mnie w delegację do Dessau, żebym popilnował tam hotelu. To tylko 5 nocy, ale to lepsze niż nic. Dessau to bardzo spokojnie miasto. Pierwszy raz od roku udało mi się odprężyć. To bardzo miło spać w pokoju, który liczy więcej niż 6m2. To bardzo miło spać gdzieś za friko. Ale nie tak szybko. Gdy podchodzę na recepcję, wzrokiem mierzy mnie jakaś stara, wykrzywiona Niemka i gdy tłumaczę jej, że przyjechałem do pracy, mówi że nie ma wolnych pokoi i że jestem za wcześnie. Potem dostaję pokój bez telewizora i z zepsutym łóżkiem, i przez 5 nocy muszę użerać się z ekipą cyganów, którzy za nic mają nowe środki ostrożności, od noszenia maski poczynając, a kończąc na przesiadywaniu w nieczynnej restauracji. Po powrocie i dwutygodniowej przerwie, dostaję jeszcze kilka zmian w hotelu Good Morning na obrzeżach Lipska. Potem kilka w Ibisie, w miejscowości Taucha. Jest to hotel, który znam, choć nic już tu nie wygląda znajomo. Zaplecze jest zawalone jakimiś rupieciami, narzędziami, luźnymi kartkami papieru. Automaty z dezynfektorem pozostają puste, klucz do kasy jest ułamany, WiFi nawala. Zapowiada się kilka bardzo długich nocy. I oczywiście nikt nie nosi maski. Elsner, którego przyszedłem zastąpić, bo skurwysyn się rozchorował, nie trzyma nawet dystansu. Facet jest chory, kaszle i nawet nie zakryje ust.

Potem zmieniam Gabi, która siedzi z chustą nasuniętą pod same oczy, jednocześnie twierdząc, że nie wierzy w wirusa. Jej koleżanka pracuje w zakładzie pogrzebowym i na tysiąc zwłok nie było ani jednego przypadku. Gdy zwracam jej uwagę, że w Niemczech prawie nie ma zgonów, zdaje się nie rozumieć. Gabi przyjmuje dwa stanowiska niemożliwe do pogodzenia: 1. Korona to oszustwo, 2. Jest w grupie ryzyka i boi się mojego oddechu. Jeśli o mnie chodzi, brak mi słów. Odpadam.

Coraz trudniej jest mi utrzymać wagę. Siedzenie w domu nie sprzyja dyscyplinie. Siedzenie w domu nie sprzyja niczemu. Jednocześnie zapowiada się na więcej obostrzeń i zakazów. Zapowiada się na wirtualną rzeczywistość w przyspieszonym tempie. Na wirtualną walutę. Na bio-paszporty. Z uśmiechem na twarzy przyjmujemy kolejne wizje dystopii za status quo. 1984 mamy już za sobą, a Huxley uśmiecha się zza grobu. Pandemia to test, który jako cywilizacja oblaliśmy. A co z demokracją? Demokracja to słowo, które znaczy dziś równie mało, co kapitalizm i socjalizm. To puste definicje z bagażem moralnym na miarę religii. Demokracja?… pytacie. Czy nie po raz kolejny poświęcamy jednostkę w imię dobra ogółu? Problem w tym, że dobro ogółu to bardzo abstrakcyjne pojęcie. Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem fanboyem Ayn Rand, rozumiem skalę i skomplikowanie globalnych systemów i sieci. Wolny rynek zdecydowanie nie jest odpowiedzią na wszystkie nasze problemy. Nie w 2020. Co właściwie chcę powiedzieć? Że boję się, że ci, którzy obecnie nadużywają swojej władzy, nie będą chcieli z niej zrezygnować, gdy będzie po wszystkim. Dlaczego by mieli? Wystarczy poczytać trochę historii. Co będzie dalej? Czy nasz problem z klimatem nie jest równie dobrym ­­— jeśli nie lepszym — powodem, żeby zamknąć nas w domu. Albo nadprodukcja? Ile mniej lub bardziej zabójczych wirusów, mniej lub bardziej rozdmuchanych przez media chorób czeka na nas w przyszłości? Ile z nich będzie pretekstem do kolejnych okresów kwarantanny? Zapomnijcie o bombach. Ile tego gówna siedzi w laboratoriach? Pomijając całą teorię z nietoperzem na jarmarku… tak, świat zewnętrzny to bardzo niebezpieczne miejsce, a koronawirus zapisze się w historii jako ponury precedens. Cóż przynajmniej będzie o czym pisać. Mój współlokator, Andre wciąż pracuje w fabryce BMW. Sądząc po odgłosach, które wydaje wspinając się po schodach, nie doczeka następnego lockdownu. Znaczy to, że na wiosnę będę miał pokój do wynajęcia.

……………………………………….
Victor Ficnerski (1990) — urodzony w Berlinie. Matura we Wrocławiu. Dwa podejścia na Wydziale Nauk Społecznych, kierunek filozofia. Praca na przypadkowych stanowiskach. Podróże. Publikacje w „Wyspie”, „Fabulariach”, „EleWatorze”, „Akancie”, „Afroncie”, „Arteriach”, „Cegle”, „Tlenie Literackim”, “Helikopterze” “Obszarach przepisanych”, “Stronie czynnej”. Jego opowiadanie zawarte zostało w antologii “Dzieci wolności. Antologia przełomu”. Obecnie przebywa w Lipsku.
29.11.2020

VICTOR FICNERSKI Lockdown 2.0 [proza]
4 votes, 4.75 avg. rating (94% score)

..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter | przekaż wsparcie

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.